Instytut Badań Komplementarnych

 

 

 O idei, genezie i planach rozwoju Instytutu stworzonego przez Tamarę Jermakową-Szymańską rozmawia z nią Jakub Wesołowski.

 

W ubiegłym roku, gdy rozmawialiśmy na temat projektów realizowanych w Górach Kaczawskich, nawet słowem nie wspomniała Pani o planach założenia Instytutu Badań Komplementarnych.



– Pomysł, by założyć fundację zajmującą się badaniem i rejestrowaniem zjawisk z pogranicza nauki, narodził się już w połowie lat dziewięćdziesiątych. Złożone zostały odpowiednie dokumenty, ale ciągłe zmiany w prawie, dotyczące zakładania takich organizacji przez cudzoziemców, przesuwały proces rejestracji w czasie. Niemniej idea takiej instytucji stale mi towarzyszyła i w końcu ją zrealizowałam.



Badania komplementarne to badania uzupełniające. Mogłaby Pani przybliżyć naszym Czytelnikom pole działania Instytutu? Czym tak naprawdę będzie się zajmował, bo nazwa brzmi raczej naukowo niż ezoterycznie.



– Główną ideą jest zgłębianie prawdy o ludziach i otaczającym nas świecie, nie tylko w oparciu o istniejącą wiedzę i doświadczenia, ale również o zjawiska, których nauka dotąd nie wyjaśniła. Instytut będzie się zajmował nie tylko prowadzeniem badań nad zagadnieniami związanymi z pochodzeniem i rozwojem ludzkiej cywilizacji na Ziemi, co mógłby sugerować drugi człon nazwy, ale też nieznanymi i niezrozumiałymi aspektami naszego życia, a także zjawiskami psychofizycznymi, które im towarzyszą. Intencją naszego instytutu jest również uświadomienie środowisku naukowemu i szerokiej opinii publicznej korzyści płynących ze stosowania niekonwencjonalnych metod poznawczo-badawczych, takich jak jasnowidzenie, psychometria, mediumizm, radiestezja itp. w prowadzeniu wszelkiego rodzaju badań naukowych, historycznych czy archeologicznych. Programowym założeniem jest nasze aktywne w nich uczestnictwo. Chcemy też rozpowszechniać wiedzę psychotroniczną i uczyć, jak ją wykorzystać dla potrzeb człowieka i środowiska. Chcemy być nowoczesną instytucją badawczą, która jak inne wykorzystuje zdobycze najnowszej nauki i techniki, wiedzę i doświadczenie naukowców. Ale w odróżnieniu od nich my sięgniemy też po zdolności parapsychiczne i możliwości, jakie ze sobą niosą. To nas różni. Badania, jakie już prowadziliśmy i zamierzamy prowadzić w przyszłości, będą szły obok siebie dwutorowo. I będą wzajemnie się uzupełniały. Wyniki otrzymane drogą konwencjonalną porównamy z tymi z pogranicza nauki i odwrotnie. Gdzie powstaną wątpliwości co do jakości badań paranormalnych, uzupełnimy je analizą wykonaną za pomocą sprzętu technicznego.

By naprawdę poznać otaczający nas świat, nie wystarczy patrzeć na niego przez pryzmat „szkiełka i oka”. Jesteśmy czymś więcej niż tylko ciałem fizycznym. By odkryć dawne tajemnice, trzeba sięgnąć poza granice wyobraźni i uchylić zasłonę czasu. A nie dokona się tego tylko i wyłącznie za pomocą do tej pory stosowanych metod. I dlatego tak ważna jest współpraca i wzajemne uzupełnianie się. Ekstrasensorycy tacy jak ja, są żywymi różdżkami, wahadełkiem, georadarem, najczulszymi detektorami. Wizje i odczyty uzupełniające znane fakty dają nadzieję, że połączenie sił naukowców, ich wiedzy historycznej, technicznej i znajomości tematu z umiejętnościami parapsychologów, może przynieść niespodziewane i nadzwyczajne efekty.

Ale jest ważna kwestia, która powoduje, że świat naukowy niechętnie i bez entuzjazmu odnosi się do takich badań. Bardzo dużo zależy od zdolności paranormalnych i etyki osoby nimi obdarzonej. Po pierwszych sukcesach łatwo wpaść w megalomanię. A życie lubi pokorę. Dlatego trzeba być bardzo ostrożnym w ferowaniu osądów i interpretowaniu odczytów. Trzeba sprawdzić kilka razy, zanim się ogłosi wyniki, gdyż nauka szybko weryfikuje prawdę… Stąd już krótka droga do ośmieszenia nie tylko swojej osoby, ale i całej idei. To podstawowa sprawa, gdyż tylko w ten sposób uzyskuje się pewność, a co za tym idzie – wiarygodność.

Praca ludzi o paranormalnych zdolnościach nie opiera się na pięciu zmysłach. Pracujemy pomiędzy wymiarami, posługujemy się czymś, co dla nauki nie istnieje, gdyż nie można tego dotknąć. Kanały informacyjne, z różnych przyczyn, często są zakłócane... Chociaż od kilkudziesięciu lat dostaję przekazy, na początku im nie ufałam. Sprawdzałam, czy rzeczywiście są prawdziwe. Przechodziłam również weryfikację podczas pracy z klientami, gdy robiłam im medialną diagnozę i odnajdywałam pierwotną przyczynę chorób, gdy mówiłam im o tym, o czym wiedzieli tylko oni. Często poszukiwałam zaginionych ludzi i rzeczy. Ale to było robione albo w ciszy gabinetu, albo spontanicznie. Nigdy na ulicy, w obecności obserwatorów. I mimo to, po tylu latach pozytywnych doświadczeń, gdy za namową męża zaczęliśmy próbne badania moich możliwości, zaczęłam obawiać się ich publicznej weryfikacji. Naprawdę. Pojechaliśmy do Szczyrku i Gietrzwałdu oraz na Górę Żar. Odbyliśmy też kilka wycieczek wraz z warszawskim dziennikarzem, który specjalnie przygotował marszruty po ciekawych, nieznanych nam miejscach. I kiedy rezultaty tych badań przeszły nasze (zwłaszcza moje, bo mąż nie miał wątpliwości) najśmielsze oczekiwania, obawy ustąpiły i nabrałam pewności siebie. Nie tylko otrzymaliśmy potwierdzenie tego, co już było wiadome, ale uzyskaliśmy także wiele nieznanych wcześniej, dodatkowych informacji. Pozytywne wyniki tych doświadczeń zachęciły nas do jeszcze głębszej eksploracji moich możliwości i przygotowania gruntu do trudniejszej pracy. Ideą przewodnią było udowodnienie przydatności takich osób jak ja, w badaniach archeologiczno-historycznych.

 

I wtedy rozpoczęliście medialne śledztwo dotyczące Inków?



– Tak, ale też nie było łatwo. Chociaż dysponowaliśmy już obszernym materiałem, który zebraliśmy, pan Aleksander Rowiński, znany reporter, z początku nie chciał nawet słyszeć o Inkach, mówiąc, że dawno zamknął ten rozdział i nie jest nim zainteresowany. Nie wierzył w nasze paranormalne śledztwo. Uległ dopiero wtedy, kiedy przedstawiłam mu fakty, znane tylko jemu. Przyznał wówczas, że te informacje tłumaczą wiele wątków, których nie mógł zrozumieć i mogą rzucić nowe światło na pewne poszlaki. Podczas paru spotkań przekazałam mu wszystkie posiadane rękopisy (zapisy seansów), zdjęcia i obrazy malowane podczas medialnych kontaktów. Takich materiałów się nie spodziewał. Nie wyobrażał sobie, że w sposób paranormalny, rozmawiając z duchami jak z żywymi ludźmi, można uzyskać olbrzymią wiedzę i rozwiązywać tajemnice strzeżone przez martwych. Informacje były na tyle przekonujące, że wymusił na archiwistach czeskich i słowackich ponowne przetrząśnięcie archiwów i wyszukanie wskazanych przeze mnie dokumentów. I zbliżamy się do sedna. Pan Aleksander pisze tylko o tym, co udało mu się zweryfikować. Każda informacja musi być także zilustrowana zdjęciami i mieć podane źródła, z których korzystał. W ten sposób przeszukiwał archiwa. To, do czego dotarł, zawarł w swoich książkach. I nikt mu nie może zarzucić konfabulacji. Wszystko jest czarno na białym. Wykonał olbrzymią pracę, ale robił to konwencjonalnie. Wieloletnie przeszukiwania nie przynosiły spodziewanego rezultatu, gdyż nie było do końca wiadomo, czego i gdzie szukać. A przecież w archiwach jest ogrom materiału i nikt nie jest w stanie wszystkiego przejrzeć. Zawsze można coś przeoczyć lub po prostu nie zdawać sobie sprawy z tego, że coś ważnego jest tuż obok. Dzięki mnie wiedział, o co pytać! Udało się. Cenne dokumenty zostały odnalezione w archiwach Brna, Znojma, Lewoczy oraz Krumlowa. Razem z panem Aleksandrem odbyliśmy w tym celu kilka podróży do Czech i Słowacji. I w taki właśnie sposób, na każdym kroku, informacje uzyskiwane od duchów znajdowały potwierdzenie w archiwach, i to duchy prowadziły nas w miejsca, o których nikt nie wiedział...

I tak też się robi podczas badań naukowych. Każda informacja musi być wielokrotnie i drobiazgowo sprawdzona oraz opracowana, by nikt nie mógł zarzucić naszej pracy braku profesjonalizmu, oszustwa czy pogoni za sensacją.

Dlatego jako organizacja położyliśmy nacisk na działanie na rzecz integracji środowisk naukowych i paranaukowych.



To bardzo ambitne plany. Ale skoro wspomnieliśmy już o Inkach, to proszę powiedzieć, czy coś drgnęło w temacie, gdyż od ponad roku niczego nowego nie słychać. A inne Pani projekty?



– Wszystko ma swój czas i miejsce. Rozpoczynaliśmy śledztwo jako osoby prywatne, pasjonaci, którzy chcieli sami, na własną rękę, pobawić się w detektywów historii. I w pewnym momencie natknęliśmy się na zaporę. Żyjemy w zorganizowanym świecie, gdzie przyjęło się, że za wszystkim muszą stać odpowiednie instytucje, czy to społeczne, czy naukowe, stowarzyszenia, fundacje itp. Zaczęto nas wypytywać o to, z ramienia jakiej organizacji pracujemy, dla kogo itd. Kiedy mówiliśmy, że dla samych siebie, grzecznie zamykano nam drzwi przed nosem. Dobrze, że legitymacja prasowa pana Aleksandra, a potem mojego męża stanowiły wytrych, dzięki któremu mogliśmy wejść do urzędów i pomyszkować w archiwach. Ale już nie pomagały, kiedy chcieliśmy oficjalnie porozmawiać z konkretnymi, ważnymi ludźmi, by zakończyć nasze prace. Dlatego temat Inków zawisł w powietrzu, chociaż coś się ciągle dzieje. Zwieńczeniem naszych dotychczasowych działań są dwie książki. Jesienią ubiegłego roku, razem z panem Aleksandrem, nakręciliśmy film dokumentalny, który powinien niedługo trafić do dystrybucji. Planów, co zrobić z Inkami, jest wiele. Na podstawie zebranych materiałów da się nakręcić historyczny dramat kinowy lub nawet wieloodcinkowy serial. Można zrobić dokument fabularyzowany, a na zamku przedstawienia typu światło i dźwięk. Można też wtajemniczyć w historię ostatniego Inka władze. Zrobić też coś w rodzaju sali pamięci. Peruwiańczycy byliby zaskoczeni, że rozgryźliśmy zagadkę spadkobiercy Tupaca Amaru. Pomysłów nie brakuje. Oczywiście zostały jeszcze badania zamku i zweryfikowanie paru teorii, by ostatecznie zamknąć temat, ale by to zrobić, potrzebowaliśmy zarejestrowanej organizacji. Dlatego też wskrzesiliśmy stary pomysł i założyliśmy Instytut. To jeden z głównych powodów. Teraz, kiedy działamy oficjalnie, otwierają się przed nami szersze możliwości. Możemy prowadzić prace badawcze, oświatowe oraz programy naukowe. Organizować spotkania, konferencje, sympozja związane z działalnością Instytutu i prowadzonymi projektami. Mamy możliwość współpracy z podobnymi organizacjami nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie. Możemy zgłaszać własne inicjatywy w Unii, co stwarza nowe, szersze możliwości wykorzystania mojego daru i zrobienia czegoś dobrego...

 

Rzeczywiście pomysłów i energii Pani nie brakuje. Zaskakuje Pani na każdym kroku. Zazwyczaj parapsycholodzy zarzucają nauce ograniczenia, i na odwrót. Oba światy się nie lubią, a celem waszego Instytutu jest ich integracja.



– Marconi wynalazł radio, a nie fale radiowe. To, że nikt o nich nie słyszał przed stworzeniem radia, nie oznacza, że ich nie było. Były od zawsze, ale tylko dzięki radiu mogliśmy je poznać i zbadać. I tak jest ze zdolnościami paranormalnymi. To czysta fizyka, ale ta, której naukowcy opierający się na standardowych modelach jeszcze nie znają. Bliżsi prawdy są teoretycy kwantowi i plazmowi. To tylko kwestia czasu, kiedy stanie się to nauką. Być może wyprzedzamy swoją epokę albo właśnie idziemy z duchem czasu...

 

Widziałem twarze zaskoczonych ludzi, kiedy dowiadywali się od Pani o sprawach znanych tylko im. Jak Pani wyobraża sobie wasze badania podczas pracy z duchami? Pani z nimi rozmawia, one przekazują jakąś informację. Ludzie, do których jest skierowana, potwierdzają ją. To uwiarygodnia przekaz, ale gdzie w tym momencie jest miejsce dla nauki? Jak potwierdzić ich obecność? Przecież utrwalają się na zdjęciach bardzo rzadko...



– Ha, ha. Mamy to już teoretycznie przerobione. Zna Pan naszą historię pod tytułem Nawiedzony dwór?



Tak, czytałem...



– No właśnie. Byliśmy tam tylko my z mężem, rodzina S. i... duchy. Właściciele uwierzyli mi, bo mówiłam to, co sami znali i zaobserwowali. Przedstawiłam im tylko fakty. I proszę sobie wyobrazić, że jedziemy tam ze specjalistycznym sprzętem. Mamy zwykłe kamery, termowizyjne, na podczerwień. Do tego czułe detektory pola magnetycznego, elektroniczne termometry, czujniki ruchu itp. Ustawiamy to w domu i rozpoczynam pracę. A urządzenia wszystko rejestrują...



Jak w znanym horrorze Duch? Czy jak w programie emitowanym na Discovery TAPS Łowcy duchów?



– (śmiejąc się) I tak, i tak. Nawiasem mówiąc, polecam ten film, gdyż zawiera mnóstwo prawdziwych informacji o zaświatach. A co do TAPS, to mają świetny sprzęt, ale mniej wiedzy i umiejętności. Gdyby było wśród nich mocne medium, efekty i wyniki ich badań stałyby się o wiele bardziej wiarygodne i ciekawsze. Ale i tak pracują nieźle, jak na osoby posługujące się „szkiełkiem i okiem”. Wracając do tematu – ustawiony sprzęt taki, jaki mają TAPS, zaczyna rejestrować, jeśli pojawia się duch, to może spaść temperatura, detektory pola wskażą jakieś odchylenia, kamery mogą coś uchwycić. Można wtedy zbadać stan samego medium. Jaka jest temperatura jego ciała, wykresy fal mózgowych itp. I to jest to, czym m.in. chcemy się zajmować. Uczciwie, ze szczególną starannością i rzetelnością przedstawiać fakty.



Tak, to zrozumiałe, ale jednak żeby pracować w taki sposób, trzeba mieć sprzęt, a do tego potrzeba ogromnych funduszy...



– To oczywiste. Mało kogo stać na kamerę, która kosztuje tyle, co średniej klasy samochód. Prywatnie nie moglibyśmy niczego zdziałać. Każdy wyjazd to wydatki, które uszczuplają domowy budżet. Do tego, będąc w trasie, ponosi się koszty związane z utraconymi korzyściami. W moim przypadku to rezygnacja z przyjmowania klientów. Coś za coś. Nasze śledztwo dotyczące inkaskiej legendy było dobrą szkołą życia... Jesteśmy z mężem pasjonatami gotowymi do poświęceń, ale trudności niestety potrafią skutecznie wyhamować zapał. Dlatego też jako organizacja możemy prowadzić statutową działalność gospodarczą, występować o dotacje, granty, przyjmować datki i korzystać ze sponsoringu. A to daje już większe możliwości badawcze. Praca w terenie wymaga użycia specjalistycznego sprzętu: georadaru, kamery termowizyjnej, czasem echosondy... A np. georadar kosztuje około 100 tysięcy. Można go oczywiście wypożyczyć, ale to też pokaźne kwoty. I co z tego, że odnajdę swoimi metodami podziemne przejścia, tunele, schowki, jak potem to trzeba zweryfikować za pomocą tego typu urządzeń. Bo nikt nie da zgody na prace poszukiwawcze bez 100% pewności. Dlatego ta kwestia jest niezmiernie ważna. I dlatego też, korzystając ze wsparcia z różnych stron, można o wiele więcej osiągnąć. Powiem Panu taką ciekawostkę. Gdy któregoś razu byliśmy u pana Aleksandra, zadzwonił do niego ktoś, kto jak się potem okazało, zaoferował pokrycie kosztów badań genetycznych szczątków Uminy! I wielu jest takich ludzi, którzy gotowi są wspomagać ciekawe z ich punktu widzenia projekty. Dlatego jesteśmy otwarci i przyjmiemy każdą pomoc. Może w końcu uda się wspólnymi siłami, w porozumieniu z archeologami, doprowadzić do prac w podziemiach zamku, by odnaleźć leżące tam szczątki Indian. A to byłaby prawdziwa sensacja...

 

Skala wyzwań, jakie stoją przed Instytutem, jest ogromna. Nie boi się Pani, że...



– ...nie sprostam zadaniom, jakie przed nami stoją? Nie. Co ma być, to będzie. Najważniejsze to znać swoją wartość i robić wszystko jak najlepiej. A życie samo poprowadzi. Doskonale zdajemy sobie sprawę, że to dopiero nasze pierwsze kroki jako Instytutu. Dlatego chcemy rozpocząć działalność w lokalnej społeczności. Spróbować zainteresować badaniami miejscowych archeologów. W najbliższym czasie mamy się spotkać z naczelnym archeologiem i porozmawiać na temat ewentualnej współpracy. Gotowych jest kilka projektów. Nasze hobbystyczne badania Palenicy i Uroczyska, w których Pan uczestniczył, spotkały się z wielkim zainteresowaniem lokalnych władz i społeczności. Leśny kościół został uporządkowany i uznany za zabytek kultury. Koordynator Instytutu, Jerzy Zipser, pokazał treść modlitwy proboszczowi ewangelickiemu ze Szczyrku, który po uważnym przestudiowaniu stwierdził, że i słowa, i styl bardzo bliskie są dawnemu stylowi kazań ewangelickich. A przecież nie znam się na tym. Jestem cudzoziemką wychowaną w zupełnie innej kulturze i religii. Poproszono mnie również o namalowanie miejsca, w którym odprawiano modlitwy. Archeolodzy mają swoją teorię i chcą ją porównać z moją wizją, która, jak już wiele wskazuje, jest bliższa rzeczywistości. Także wójt Jaworza wyraził zgodę na nasze badania, więc możemy poszperać w miejscach na ogół niedostępnych. Nawiązaliśmy także współpracę z miejscową historyczką – istną kopalnią wiedzy i dzięki niej i jej archiwum można zweryfikować nasze odkrycia. Coś się zaczyna dziać. Małymi kroczkami idziemy do przodu. Latem ponownie będziemy w Radzimowicach... Jesteśmy też, jako jedyna instytucja z Polski, członkami-partnerami międzynarodowej organizacji zajmującej się nieznanym, której filie rozrzucone są po całym świecie. Niech Pan nie zapomina, że cały czas uzupełniam też swoje archiwum, przyjmuję klientów, rozmawiam z duchami, oczyszczam pomieszczenia, zdejmuję klątwy i uroki... Prowadzę normalne życie zawodowe. A Inkowie i inne ambitne plany zaczekają. Nigdzie przecież ode mnie nie uciekną…



W takim razie trzymam kciuki! I dziękuję za rozmowę.



Wydanie internetowe: www.4wymiar.pl