Moje drzwi są otwarte - wywiad z medium

 

Wywiad z Tamarą Jermakową-Szymańską - medium i jasnowidzącą, badaczką od kilku lat zgłębiającą polskie ślady Inków.

 

Pani Tamaro, czy medium trzeba się urodzić, czy też można nim zostać?

 - Wiem, do czego Pan zmierza, ale nie jestem w stanie w wyczerpujący sposób odpowiedzieć na to pytanie. Jeszcze nie spotkałam nikogo, kto w wyniku traumatycznych wydarzeń uzyskałby pełen dostęp do niematerialnego świata. Ja odziedziczyłam tę zdolność po moich przodkach. Również moje córki wykazują niecodzienną wrażliwość i są bardzo czułe na wszelkie energetyczne anomalie. Myślę, że to jest tak jak z talentem. Wszyscy umieją pisać, nieliczni zostają pisarzami lub poetami, ale tylko jednostki wykazują wybitne uzdolnienia. Trzeba być też otwartym, pełnym poświęcenia i lubić to, co się robi.

 

medium1.jpeg
(fot. Czwarty Wymiar)

Czy była taka chwila, która uzmysłowiła Pani, że jest inna niż pozostali ludzie?



 - (Chwila zastanowienia)... Tak. Miałam wtedy około siedmiu lat. Leżałam jeszcze w łóżku, gdy zobaczyłam na dywaniku na podłodze chodzącą postać przypominającą lalkę. Chodziła ze splecionymi z tyłu rękami i z opuszczoną głową, jakby się nad czymś zastanawiając. Pamiętam, jak myślałam, że dobrze by było ją złapać i mieć taką żywą zabawkę, ale bałam się, że mnie ugryzie. Obserwowałam ją więc dość długo. Kiedy siostra otworzyła drzwi do pokoju, ta postać zniknęła. Byłam zła, że przegoniła mojego gościa i w dodatku nie wierzyła, kiedy o nim opowiadałam. Wtedy obie z mamą długo się ze mnie śmiały. Do dziś nie wiem, kto lub co to było. Ale to nie jedyny taki przypadek. Musi Pan wiedzieć, że dzieci zazwyczaj boją się tego, czego nie znają. Może udziela się im strach innych dzieci, z którymi spotykają się podczas zabaw? Pamiętam, że w dzieciństwie często miałam bardzo wyraźne i kolorowe sny, które spełniały się po paru dniach. Słyszałam głosy, widziałam przezroczyste postacie, czułam ich obecność. Nikomu o tym nie mówiłam. Nawet mamie, chociaż sama często opowiadała o niewidzialnym domowym strażniku opiekującym się nami i naszym gospodarstwem. Bałam się tego wszystkiego i nie dopuszczałam do siebie. Z czasem to się do tego stopnia nasiliło, że "głosy" wewnątrz podpowiadały mi, gdy czegoś nie wiedziałam czy nie rozumiałam, wymuszały, by wziąć ołówek i zacząć pisać czy malować. Często kłóciłam się z nimi, to znaczy ze sobą (śmiech), ale pisałam. Były to zazwyczaj wiersze i różne przesłania...

 

Zapoznając się bliżej z tematem mediumizmu, odnalazłem w literaturze bardzo podobne relacje innych mediów. Pod tym względem Pani dzieciństwo nie wyróżnia się niczym szczególnym.

 - A kto powiedział, że jestem wyjątkowa? Przecież jestem zwyczajną kobietą z dziećmi, mężem i psami (śmiech)...

Rzeczywiście, sprawia Pani wrażenie najnormalniejszej na świecie kobiety. Muszę przyznać, że oczekiwałem chyba czegoś...


 - Bardziej niezwykłego? Medium otoczonego świtą półprzezroczystych duchów, wirujących stolików i napełnianych przez niewidzialnych służących szklanek? (Oboje wybuchamy śmiechem).

Tu mnie Pani ma. To piętno produkcji filmowych. Hollywood wkracza już we wszystkie dziedziny, narzucając swój punkt widzenia... Dobrze, dość dygresji. Skończyliśmy na przekazach.


 - Dalej było tylko gorzej. Na początku lat 80. zauważyłam, że gdy tylko przechodzę przez jakikolwiek most, w mojej głowie pojawiają się wzory arytmetyczne i wykresy geometryczne. Mogłam rozwiązać dowolne trudne zadanie matematyczne. Niestety nasilało się to do tego stopnia, że czułam, jakby mój mózg wypełniał się po brzegi, do granic możliwości i zaczął rozsadzać czaszkę. Powodowało to potworne bóle głowy. Cierpiałam, płakałam i modliłam się, by przestali "nadawać", gdyż nie jestem w stanie wykorzystać tej wiedzy, którą dostaję i w ogóle nie jest mi ona do niczego potrzebna. Zaczęłam unikać mostów i widocznie mnie wysłuchali, gdyż stopniowo "nadawanie" ucichło. Jednak nie na długo odzyskałam spokój. Zaczęłam coraz częściej i o wiele wyraźniej niż wcześniej widzieć cienie i półprzezroczystych ludzi. Czasem miałam wątpliwość, czy to, co widzę, to duch czy żywy człowiek. Z początku bardzo bałam się tego, było to nieprzyjemne, ale w końcu przywykłam.

Czego się bać? Niejeden człowiek chciałby widzieć duchy i czerpać wiedzę z... No właśnie, z czego?

 - Zapewne tak, ale nie jest to takie proste ani przyjemne. Za duży natłok informacji. To tak, jakby Pan jednocześnie słuchał radia, rozmawiał z kimś, oglądał telewizję, czytał gazetę i prowadził auto... Nie da rady. A skąd ta wiedza? W końcu przyszedł taki moment, kiedy wszystko, to znaczy proces "nadawania" i widzenia jakby się zakończył, jakby skoncentrował się i zlał ze sobą w jedno. W postać kobiety, której się nie bałam i która została moim opiekunem i przewodnikiem. Niestety nie mogę wyjawić więcej szczegółów. W każdym razie, tak się z nią zżyłam, że wręcz bałam się, iż pewnego dnia odejdzie i już nie wróci, pozostawiając mnie samą sobie. Musi Pan wiedzieć, że całą wiedzę, którą posiadam i obecne zdolności, zawdzięczam jej. Ona pisze i maluje moimi rękami. Ja tylko weryfikuję i sprawdzam. Dzięki niej mam kontakty z innymi wymiarami. To ona przywiodła mnie do Polski, dając wiarę, nadzieję i miłość.

Czyli to ktoś w rodzaju opiekuna duchowego, nauczyciela i Anioła Stróża?


 - Tak. Jest dla mnie wszystkim. Dzięki jej "naukom" wiem, kiedy, w które dni, kontaktować się z duchami zmarłych, by nie narazić się na stratę życiowej energii. Jak obronić się przed spirytualnym atakiem. Dlatego czuję się bezpieczna.

Czy jest także pośrednikiem w nawiązywaniu kontaktów z innymi duchami?  - Nie. Jest tylko obserwatorem. Ochroną. To ja decyduję, z kim chcę się skontaktować. Jestem bardzo ciekawska i lubię te medialne kontakty, chociaż są bardzo wyczerpujące nawet dla wytrawnego i chronionego medium. Jak przedobrzę z wysiłkiem, to przywołuje mnie do porządku (śmiech i gest grożenia palcem).

Dowiem się czegoś więcej na temat tej jakże tajemniczej postaci?


 - Niestety niczego więcej nie zdradzę. Zresztą to może być niezrozumiałe nawet dla tych Czytelników, którzy posiadają szeroką ezoteryczną wiedzę.

Proszę w takim razie wyjawić sposób - mechanizm przywoływania przez siebie duchów.


- Nawet po śmierci istniejemy jako energia, wibracja, częstotliwość, która nie zanika. Oto, czym są w dużym skrócie duchy. By nawiązać kontakt, muszę się nastroić na konkretną wibrację. Bardzo potrzebuję wtedy rzeczy należących do danej osoby, tj. zdjęcia, ubrania, własnoręcznie napisanego listu - czegokolwiek. Może to też być informacja o miejscu, gdzie dana osoba przebywała. Jeśli niczego takiego nie ma, pomocny jest ktoś bliski, ktoś emocjonalnie z nią związany. A jeśli i tego nie ma, pozostaje miejsce pochówku lub śmierci. Tam magazynują się emocje, które emanują tę określoną indywidualną wibrację, łatwą do wychwycenia dla prawdziwego medium. Wtedy jest już prosta droga do spotkania.

Brr... Ciarki mi przechodzą po plecach, gdy Pani tak spokojnie o tym mówi. Zwyczajni ludzie jednak czują bojaźń przed zmarłymi i śmiercią.


 - Dlatego nie jest łatwo być medium. Ludzie tego nie rozumieją. Albo śmieją się lekceważąco, chociaż myślę, że w ten sposób ukrywają swój strach, albo otwarcie się boją i unikają wszelkich kontaktów. A duchy są jak ludzie. Jacy byli za życia, tacy są i po śmierci. Różni się zdarzają, ale ja się nie boję i pukam do ich drzwi, nawet wtedy, gdy nie chcą otworzyć. Cierpliwie czekam, od czasu do czasu dając im znać, że jestem - i w końcu mi otwierają. A nawet jeśli nie oni sami, to wchodzę w pole informacyjne, które najpierw, jak troskliwy ojciec, grzecznie pyta, czego od nich potrzebuję i też dostaję to, czego chcę.

Pole informacyjne? Czy ma to coś wspólnego z polem morfogenetycznym Ruperta Sheldrake'a?


 - To ma wiele nazw. Można to nazwać tak, jak to Pan okreslił, można też Kroniką Akaschy czy Matrixem. Ja wolę nazwę pole informacyjne. Najważniejsze, że jest tam zapisane wszystko, do czego dochodziło na naszej planecie, w Kosmosie i całym Wszechświecie. Zapis każdej najmniejszej wibracji. Zawsze z tego korzystam, nigdy się nie zawiodłam i jeszcze nie zdarzyło się, bym nie otrzymała konkretnej informacji na temat osoby, którą się aktualnie zajmuję. A pracuję z duchami już ładnych parę lat.

Powiedziała Pani, że wybiera, puka do drzwi, a czy zdarza się, że duchy przychodzą same?


 - Właśnie chciałam to powiedzieć. Duchy, tam, w zaświatach wiedzą, kto jest medium. One to rozpoznają po kolorze i wibracji. Przychodzą, bo wiedzą, że medium jest łącznikiem między światem, który znali, a tym nowym, w którym się znaleźli. Potrzebują dużo miłości, akceptacji i zrozumienia. Przychodzą więc po pomoc, by nabrać sił i wznieść się wyżej. Przytoczę pewien przykład. Kiedyś, po ciężkim dniu pracy z pacjentami, siedzę zmęczona w kuchni przy kolacji. Czuję, że ktoś mocno ciągnie mnie za rękaw (zazwyczaj polegam na odczuciach i "słyszeniu"). Fukam, by dali mi spokój, bo jestem bardzo zmęczona. Ale czuję, że to coś nadal stoi przy mnie. Słyszę głos: A mnie powiedzieli, że jesteś dobra. Powiedział to takim nieszczęśliwym głosem, że aż się roześmiałam. Co za nieszczęśnik?, pomyślałam. Chociaż rzadko to robię, zdecydowałam się użyć "trzeciego oka", by zobaczyć tego intruza. Oka używam tylko w szczególnych przypadkach, by nie spalić swojego mózgu. Jest to niebezpieczne, a chcę jak najdłużej z niego korzystać i nie męczyć się, pracując potem, jak przy spalonej żarówce (śmiech). Tak więc odwracam się i widzę, że stoi przy mnie młody mężczyzna w porwanym ubraniu, cały "porozrywany" na kawałki. Sądzę, że był ofiarą wypadku samochodowego. Przepraszam go i zapraszam do rozmowy. Siedzimy przy stole i rozmawiamy. Teraz już nie pamiętam dokładnie o czym, ale to było o jego życiu, samotności i obecnym cierpieniu. Potem przyszedł jeszcze dwukrotnie. Za każdym razem rozmawialiśmy, a on stawał się coraz bardziej "posklejany" i bardziej świetlisty. Trzeciego dnia przyszedł piękny, radosny i jaśniejący. Pożegnał się ze mną, dziękując. Zrozumiałam wtedy, że duchy potrzebują, jak już mówiłam, miłości i zainteresowania. Od tej chwili mój dom jest otwarty tak dla żywych, jak i umarłych.

I co, straszy w nim? Korzystają z zaproszenia?

 - Naturalnie. Moje drzwi są otwarte, dom stał się kanałem - portalem dla widzialnych i niewidzialnych gości. Rodzina dobrze o tym wie. Nie zwracają więc uwagi na dziwne odgłosy, kroki, stukania, chłodne powiewy. Nikt się nie lęka. Duchy zmarłych przychodzą z różnymi problemami, które staramy się wspólnie rozwiązać i poukładać niedokończone sprawy. Wierzą mi, znają mnie, przyprowadzają swoich żyjących krewnych...

???

 - Ha, ha, ha. Rozbroił mnie Pan swoim zdziwieniem. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. To dla medium codzienność. Często tak się zdarza, że przychodzi pacjent, czy to kobieta, czy mężczyzna i od progu mówi, że nie wie, po co przyszedł. Twierdzi, że po prostu znalazł adres i coś mu kazało, jakiś wewnętrzny nakaz, przyjść do mnie. Zaczynam z nim rozmawiać i widzę stojącego obok ducha, który za moim pośrednictwem chce coś przekazać. Zdarzają się wtedy komiczne, tylko z mojego punktu widzenia, sytuacje, ponieważ pacjent jest zszokowany, kiedy duch wyraża np. swoje niezadowolenie na brak należytej troski o swój grób. Wytyka krewnym brak odwiedzin, sztuczne kwiaty zamiast żywych, niewypełnianie zobowiązań rodzinnych itd. Często jednak są to osobiste przekazy do najbliższych, pocieszanie, załatwianie niedokończonych spraw, a także ostrzeżenia. Czasem na odwrót, przychodzą też żywi i poszukują kontaktu ze swoimi krewnymi. Przynoszą wtedy dużo zdjęć i przedmiotów należących do zmarłego. Najczęściej są to poszukiwacze skarbów, którzy od nieżyjącego dziadka czy babci, chcą wyciągnąć informacje o zakopanym lub ukrytym depozycie. (Zatrzymujący gest ręką). Od razu uprzedzam Pańskie pytanie. Tym się nie zajmuję, nie chcę zajmować i takich interesantów odsyłam z powrotem.

Dobrze, nie będę o to pytał, ale przecież, weryfikując legendę o Inkach w Niedzicy, musiała też Pani słyszeć o ukrytym skarbie, który ze sobą przywieźli?


 - Najpierw zaintrygowała mnie sama historia. Nie znam dziejów Polski, ale dobrze wiem, gdzie leży Peru. Skąd więc tu Inkowie? To przecież nieprawdopodobne. Zaczęłam naciskać na męża, żeby dostarczył mi jak najwięcej informacji na ten temat. Dość szybko mnie całkowicie pochłonął, a co dalej - już Pan wie...

medium2.jpeg
(fot. 4 wymiar)

Tak, wiem, czytałem ten artykuł w "Czwartym Wymiarze", ale przecież minęło 200 lat. Nie ma ani grobów, ani nawet najmniejszych śladów ich obecności. Nie ma też żyjących krewnych, a książka Aleksandra Rowińskiego opiera się tylko na poszlakach. Jak więc udało się nawiązać kontakt z Uminą, jej ojcem i innymi postaciami tego dramatu?


- W zamkowych ścianach pozostały silne emocje. Są tam zapisane jak na taśmie magnetofonowej, a ja na tyle mocno zaangażowałam się emocjonalnie, że z łatwością przeniosłam się mentalnie na XVIII-wieczny zamek. Proszę pamiętać, że jestem także psychometrą i potrafię odczytywać informacje zawarte w przedmiotach. W tym także ścianach i kamieniach. To jak z radiestezją. Tu mogę się narazić mistrzom hołubiącym tradycyjne podejście do tego rzemiosła, ale nie trzeba mieć wahadła w ręku, by należycie nim pracować. Można je sobie wyobrazić na ekranie umysłu. To nie jest trudne. Można to wyćwiczyć i opanować w doskonałym stopniu. Uczą tego na kursach Doskonalenia Umysłu. Dlatego też, kiedy jestem mocno zaangażowana, nie potrzebuję fizycznego kamienia. Wystarczy, że się przeniosę w czasie i przestrzeni, mentalnie wezmę go do ręki i już dużo wiem, dużo mogę powiedzieć. Tak też było z Uminą. Ledwie poczułam pod nogami kamienną podłogę górnego zamku, a już usłyszałam i zaraz potem zobaczyłam, biegnącą do mnie kobiecą postać, która wręcz krzyknęła mi w twarz: Nas zabił!... i równie szybko zniknęła. Miałam wrażenie, że to ona na mnie czekała - jak ktoś, kto długo trzyma coś w sobie i nie może się doczekać, by powiedzieć o tym, co mu leży na sercu. Nic z tego w pierwszej chwili nie zrozumiałam, ale widocznie byłam pod takim wrażeniem, że nawet mój mąż, wybitny sceptyk, widząc mój stan, stwierdził, że coś rzeczywiście musi być w tej historii. Już wtedy nie miałam wątpliwości. Wiedziałam, że to była najprawdziwsza Umina, a legenda jest historią.

A skąd ta pewność, że to ona? Zamek ma siedemset lat i na pewno błądzi w nim wiele tragicznie zmarłych kobiet. Było przecież tyle wojen, zbrojnych napadów...

 - Już mówiłam. Byłam całkowicie nastrojona na konkretny przedział czasowy. Pole informacyjne nie kłamie. Wtedy na zamku były tylko dwie kobiety. Starsza Indianka i właśnie Umina, która miała urodę typową dla rdzennych mieszkańców Ameryki Południowej, odbiegającą od europejskich kanonów piękności. Niska, około 150 cm wzrostu, szczupła, ale grubej kości. Widać po niej było, że jest bardzo wycieńczona, jakby w głębokiej depresji... Potem, kiedy dostaliśmy do rąk książkę obfitującą w zdjęcia artefaktów związanych z Inkami, było mi znacznie łatwiej poruszać się po tym wycinku czasu i zapraszać do rozmowy kolejnych bohaterów. Udało się uzyskać wiele informacji od ojca Uminy, jego przyjaciela - brata José Gabriela, samego Tupaca Amaru II i nawet Antonia - ostatniego króla...

Mówi Pani o nich jak o dobrych znajomych, a przecież połowa z nich to postacie niemal mitologiczne. I wszystko to za sprawą fotografii z książki?


 - Była bardzo pomocna. Zdjęcia różnych dokumentów i portretów nasiąknięte są ich emocjami. Bez książki moja praca trwałaby dłużej i była bardziej męcząca. Świetnie to obrazuje przykład Sebastiana. Pracując nad planami zamku, udało mi się go pochwycić, ale kontakt był bardzo ulotny. Przychodził etapami. Zaczął od momentu śmierci. Potem umierał, leżąc w łóżku, wspominając swoje dzieciństwo i młodość. Nie mogłam dobrze zrozumieć, kto i o czym opowiada. Potem dopiero zebrałam wszystkie informacje i już wiedziałam, kto to. Trudno było go utrzymać przy sobie, więc w którymś momencie odszedł. Po wizycie na zamku udało mi się zaznajomić z Uminą i uzyskać od niej wszystkie informacje, które chciała przekazać. Pomogła mi ponownie połączyć się ze swoim ojcem. Ale dopiero akt adopcji Antonia, którego tłumaczenie znajduje się w tej pozycji, pozwolił wydobyć go z mroków dziejów i doprowadzić do kontaktu z nim. Potwierdził to, co mówiła jego córka. Opowiedział też wszystko o swoim życiu.

Jest Pani teraz bardzo tajemnicza. Mówi ogólnikami. Rozumiem, że ten temat ujrzy światło dzienne w postaci nowej książki, ale proszę powiedzieć choć trochę więcej. Jak wyglądał Sebastian?

 - Rzeczywiście, nie mogę na razie zdradzić więcej szczegółów, ale postaram się zaspokoić pańską i Czytelników ciekawość. Z tego co widziałam, Sebastian był kiedyś dość wysokim, postawnym mężczyzną. Raczej szczupłym, żywym, ale sprawiającym wrażenie silnego. Gdy widziałam go na zamku, był już mocno kulejącym staruszkiem, podpierajacym się laseczką. Utykał, gdyż jeszcze w młodości był poważnie ranny. Podobnie jak Umina, był bardzo zmartwiony i rozbity psychicznie. Chodził po całym zamku, laseczką pokazując mi, gdzie są podziemne przejścia, napisy i znaki pozostawione przez niego dla grupy z Wenecji. Pan mi nie wierzy, ale to wszystko jest do sprawdzenia. Może przyjdzie taka chwila, że na zamku znów będą podjęte prace archeologiczne. Wtedy dużo tajemnic może wyjść na jaw...

Co za pewność siebie i wiara.

 - Myśli Pan, że ślepo ufam duchom? Kocham je, ale znajdujemy się w innych wymiarach i między nami powstają zakłócenia, które mogą wpływać na czystość przekazu. Coś jak zabawa w głuchy telefon. To po pierwsze. Po drugie, duch pamięta okres, w którym żył i sytuacje, które go dotyczyły. Może nie wiedzieć, co zaszło po jego śmierci. On ciągle żyje w swoim świecie. Jeśli pokazuje miejsce na zamku, gdzie coś schował, to znaczy, że tak było, ale czy my to znajdziemy, to już inna sprawa. Przecież minęły ponad dwa wieki. Ktoś mógł w ciągu tylu lat nawet przez przypadek to znaleźć, remontując czy też rozbierając niepotrzebne jego fragmenty. W czasie wielu wojen coś mogło ulec kompletnemu zniszczeniu. Tego już nie ma, ale duch pamięta, że to coś w tym miejscu chował. Wiele razy byłam w takiej sytuacji. Dlatego tak trudno pracować z odległymi czasami. Stąd też niewiara w możliwości medium. Nie zdziwi więc Pana moje stwierdzenie, że sama wszystko dokładnie sprawdzam. Każdą informację. Tak też było z kamieniem, jednym z wielu, który pokazał mi Sebastian. Zrobiłam zdjęcie. Zostało pokazane obecnym dzierżawcom zamku. Byli zdziwieni, że przez tyle lat tego nie znaleźli. Analiza w Niemczech wykazała, że napis jest oryginalny i jest wskazówką, co od samego początku twierdziłam. A takich znaków, pomimo iż oba zamki - górny i średni, gdzie przebywali Inkowie - zostały przebudowane i zrekonstruowane, jest jeszcze trochę. Parę z nich już odnalazłam. Wspominałam o podziemnych przejściach. Zrobiłam ich plany, wiem gdzie i czego szukać. Okazało się, że nawet obecna wysokość wody w jeziorze mogła je pozostawić suchymi. A wyobraża sobie Pan szum, jaki by się podniósł, gdyby odnalezione zostały szczątki Uminy? To byłaby międzynarodowa sensacja stulecia. Powód do dumy dla Polski i do świętowania dla Peru. A ja wiem, gdzie ich szukać. Wystarczy trochę pokopać w konkretnym miejscu, w ogóle nie niszcząc zachowanych ścian czy posadzek.

 Słuchając tego, czuję, że udziela mi się Pani entuzjazm. Zaczynam przekonywać się, że rzeczywiście, budząc zmarłych, można rozwiązać od dawna skrywane tajemnice...

- Oczywiście, że tak. Może nie do końca, gdyż medium jest tylko człowiekiem i czasem nie da rady uzyskać wszystkich potrzebnych informacji, ale nawet wtedy może udzielić pewnych wskazówek. Zwrócić uwagę na pewne pominięte wątki czy poszlaki, które mogą być bezcenne dla historyków i archeologów, i skłonić ich do wszczęcia nowych poszukiwań lub rzucić odmienne, świeże spojrzenie na pewne zdarzenia. Ten sam mechanizm wykorzystałam podczas pracy z Inkami. Posiłkując się ustaleniami A. Rowińskiego, szłam w moich badaniach własną drogą, wiedziałam, na co zwrócić uwagę i czego się trzymać. Materiały, które zebrałam, przekazałam jemu. Razem też jeździliśmy po archiwach, weryfikując moją wersję i wiarygodność przekazów. Odnalezione dokumenty czarno na białym potwierdziły informacje uzyskane od Antonia Benesza - wnuka Sebastiana. Rzuciły nowe światło na jego historię, jakże odmienną od przedstawionej przez pisarza. Ta historia wyjaśniła pewne nieścisłości i wątpliwości. To są udokumentowane fakty.

Jeśli posiada Pani taką wiedzę, to wie również, gdzie jest ukryty legendarny skarb Inków? To dopiero byłaby sensacja. Przewyższająca odkrycie grobowca Tutenchamona.

 - Chyba będzie Pan rozczarowany. Z moich informacji wynika, że Sebastian i jego grupa przywieźli ze sobą zaledwie pudełko, w którym znajdowały się duże kamienie szlachetne, pieczołowicie pomalowane przez Sebastiana, trzysta złotych monet, pierścień z pieczęcią królewską i dużo różnej biżuterii. Jeśli patrzeć na to jak na skarb, to jest to rzeczywiście niezmiernie cenne. Wiem, że część z tego Sebastian ukrył na zamku, ale co się zachowało do naszych czasow, nie jestem w stanie powiedzieć. Natomiast nie widziałam z nimi wozów po brzegi wypełnionych skrzyniami ze złotem z legendarnego Eldorado, o którym mówią liczne przekazy i legendy.

A już wyobrażałem sobie tytuł w gazetach - "Medium odkrywa legendarny skarb Inkow!" Szkoda... Pani Tamaro, doszły mnie słuchy o innych badawczych planach. Czy to ma związek z tym, że włączyła Pani do swoich poszukiwań Tupaka Amaru?

 - Z początku nic o nim nie wiedziałam, ale okazał się postacią bardzo interesujacą. Według Rowinńskiego został krewnym Sebastiana, gdy ten wżenił się w jego rodzinę. Pomyślałam, że może dużo o nim powiedzieć. Dysponowałam jego portretami i, co ważniejsze, listem pisanym jego krwią, więc postanowiłam spróbować. Nawet w najśmielszych planach nie mogłam przypuszczać, że kontakt z nim będzie tak łatwy i natychmiastowy. Przyszedł od razu i bardzo się zaprzyjaźniliśmy (śmiech). Jest częstym gościem, a to o czym mówi, stanowi temat do nowej książki. Mam nad czym popracować. Ze wszystkich duchów związanych z Niedzicą, informacje od niego są najpełniejsze i najcenniejsze. Do tego w pełni sprawdzalne. Czasem zadaję sobie pytanie, czy historia Sebastiana i Uminy miała być tylko pretekstem, preludium do zajęcia się inną, o wiele ważniejszą sprawą..? (Chwila ciszy). Dysponuję pełnym archiwum planów, map, rysunków i szkiców Tupaka Amaru, rysowanych moimi rękami. Daje mi, jak nauczyciel, potężny zasób zapomnianej inkaskiej wiedzy. Odnoszę wrażenie, że wybrał mnie na pośredniczkę, bym przekazała jego narodowi przesłanie od niego. Jak sam mówi, wszystko to, co mi daje, należy do jego ludu i ma być wykorzystane dla jego dobra. Chce, bym wyjechała do Peru. Na miejscu już mnie poprowadzi i wszystko pokaże. Jestem fanatyczką oddaną temu, co robię, w dodatku uczciwą i słowną, więc nie wykluczam wyjazdu. Myślę, że wszystko w swoim czasie...

Słów mi brak... Będę musiał ochłonąć... Powodzenia we wszystkich planach i oby duchy były dla Pani życzliwe. Dziękuję bardzo za rozmowę...

 Jestem ciekaw, co powiedzą nasi Czytelnicy i entuzjaści badający tajemnice Inkow?

Jakub Wesołowski
Zdjęcia: Tamara Jermakowa-Szymańska


Wydanie internetowe: www.4wymiar.pl