Śladami egipskich bogów


 

   Wydawałoby się, że nic tak nie porusza umysłów i wyobraźni ludzi jak olbrzymie budowle starożytnego Egiptu. Charakterystyczne kształty niebotycznych piramid i ogromny lew z ludzką twarzą jak magnes rok w rok przyciągają miliony turystów. Przyjeżdżają z najdalszych zakątków świata, by je zobaczyć i sfotografować. Jednak tylko niewielki procent podziwia niebywały kunszt starożytnych budowniczych. W milczeniu pokornie schyla głowę przed ich wiedzą i umiejętnościami, które nawet dziś, w dobie lotów kosmicznych, wyzywają niedowierzanie wśród budowniczych i inżynierów. Dlaczego? Bo przecież egipskie giganty powstały u zarania naszej cywilizacji, w kolebce współczesnej ludzkości! Ale to nieliczni zadają pytania. Dla większości odwiedzających, zdjęcia z piramidami i sfinksem są nieodzownym atrybutem pobytu w Egipcie. Je po prostu trzeba mieć. Byliśmy, zobaczyliśmy, zaliczyliśmy...


 

Wśród grobowców faraonów


 

   Stojąc przed obliczem wiekowych kolosów nie można jednak obojętnie słuchać, tekstów żywcem wyjętych z podręczników historii, wyuczonych na pamięć i recytowanych naprędce przez znudzonych oprowadzaniem kolejnej grupy turystów przewodników. Coś w ich narracji się nie zgadza. Coś brzmi jak fałszywa nuta, jak akord zakłócający harmoniczne tony. I wbrew powszechnemu mniemaniu, tu w Egipcie, nie intuicja podpowiada o co chodzi, ale zdrowy rozsądek i żelazna logika, dzięki którym staje się zrozumiałe, że ten dysonans spowodowany jest rozbieżnością między tym, co słyszy ucho i tym, co widzi oko. Bo już kilka uważnych spojrzeń wystarczy, by zrozumieć, że proces rozwoju tej starożytnej cywilizacji zaprzecza progresywnemu rozwojowi kultury i nauki. Tu, w dawnym państwie faraonów logika staje do góry nogami, gdyż najstarsze zabytki z wcześniejszych, niemal prehistorycznych okresów dobitnie reprezentują sobą wyższy stopień postępu i technologicznego rozwoju, niż późniejsze. Wygląda to tak, jakby cywilizacja egipska z biegiem lat staczała się po ewolucyjnej równi pochyłej nie rozwijając się, ale degenerując.  

sfinks.jpg

   Ten fenomen dostrzega niewielu. Historycy uparcie obstają przy swojej wersji rozwoju państwa nad Nilem. Dzielnie sekundują im archeolodzy na siłę dopasowując zachowane artefakty do oficjalnej historii. Ale fakty mówią same za siebie. I nie da się tego nie zauważyć. I nie da się tego ukryć. Można co najwyżej uprawiać ekwilibrystykę umysłową przeczącą logice i jawnie kłamać. A nuż ktoś uwierzy?  

   Ale na przekór tym, którzy za wszelką cenę fałszują prawdziwą historię nas, niezależnych badaczy nie da się oszukać. Mamy swoje sposoby by poznać prawdę i odnaleźć to, co ukryte. To nasza pasja i droga życia...  


   Zjawisko synchronizmu, zwykle niezauważane, zazwyczaj daje o sobie znać w najmniej oczekiwanym momencie. Tak było i tym razem, gdy pod koniec roku układaliśmy plan przyszłych działań naszego Instytutu. Tym Czytelnikom, którzy nie wiedzą czym jest nasz Instytut już odpowiadam. Instytut Badań Komplementarnych - Tajemnice Wieków jest pierwszą w Polsce, oficjalnie działającą organizacją pozarządową, zajmującą się prowadzeniem badań nad wszystkimi zagadnieniami związanymi z pochodzeniem i rozwojem cywilizacji ludzkiej na Ziemi, nieznanymi i niezrozumiałymi przejawami naszej rzeczywistości a także niewyjaśnionymi zjawiskami psychofizycznymi, wykorzystującą w tym celu całe spectrum niekonwencjonalnych metod poznawczo-badawczych. W tym, jasnowidzenie, psychometrię i mediumizm itp. Zasadniczym celem naszej fundacji jest odkrywanie tajemnic związanych z historią rozwoju człowieka w oparciu o ludzkie doświadczenia, wiedzę i zjawiska, które nie poddają się naukowemu wyjaśnieniu. Intencją Instytutu jest również uświadomienie środowisku naukowemu i szerokiej opinii publicznej korzyści płynących z wykorzystania zdolności paranormalnych w prowadzeniu wszelkiego rodzaju badań naukowych, historycznych i archeologicznych, oraz aktywne w nich uczestnictwo. Zakres kompetencji naszego Instytutu jest nieograniczony. Swoimi badaniami obejmujemy wszystkie aspekty dotyczące nie tylko tajemnic przeszłości, ale także dziedziny związane z szeroko rozumianą parapsychologią, ezoteryką, kryptozoologią, ufologią i anomalistyką(zakres badań obejmujący miejsca, w których występują różnorodne anomalie), temporologią(dziedzina zajmująca się badaniem anomalii i zawirowań w czasie), speleologią i poszukiwaniem cennych złóż naturalnych....

 

   Tak więc zadaniem otwierającym nowy 2012 rok, miała być wyprawa na Warmię i Mazury, gdzie poproszono nas o zbadanie nawiedzonej posesji i klątwy ciążącej na jej właścicielach. Wszystko zostało już przygotowane, gdy nagle okazało się, że kierunek naszej wyprawy uległ diametralnej zmianie i już nie znajduje się w północno-wschodniej Polsce, tylko na dalekim południu..... w Egipcie!!!  

   Stare przysłowie mówi, że gdy uczeń jest gotowy pojawia się nauczyciel. Czyli to, co ma być nadejdzie w odpowiednim momencie i daremnie podejmowane są wcześniejsze próby przyśpieszenia biegu zdarzeń. I chociaż zmiana naszych planów nastąpiła niespodziewanie zrozumieliśmy, że w końcu przyszedł długo oczekiwany czas, by „słowo ciałem się stało” i projekty "Starożytne tajemnice" i „Zakazana historia-niewygodne fakty” które od 1992 roku realizuje prezes Instytutu Tamara Jermakowa - Szymańska ujrzały światło dzienne. Mija bowiem dokładnie 20 lat od momentu, kiedy rozpoczęła zgłębianie zagadek dotyczących kolebki naszej cywilizacji. Wszystkie informacje uzyskała drogą przekazów i odczytów paranormalnych. Przez te wszystkie lata, zebrała pokaźne archiwum dotyczące nie tylko tajemnic starożytnego Egiptu, ale także obu Ameryk i Azji. Jednak z różnych przyczyn (teraz wiemy, że nie nadszedł wtedy odpowiedni moment), nie udawało się zorganizować oficjalnych, pod egidą Instytutu, wypraw typowo badawczych...


 

Wzdłuż Nilu

 

  Głównym celem naszego wyjazdu było odnalezienie w zabytkach Egiptu jak największej ilości śladów pozostawionych przez prehistoryczne, wysokorozwinięte cywilizacje, bo przecież Czytelnikom naszego miesięcznika nie muszę tłumaczyć, że nie powstawały one jako kaprys rządzących faraonów, tylko wcześniej, znacznie wcześniej i ich pierwotny charakter i przeznaczenie były zupełnie inne. Ich lokalizacja nie jest przecież przypadkowa. A to, co starają się za wszelką cenę nam wmówić współcześni historycy, jest po prostu dezinformacją.

   Ze względu na krótki czas na przygotowanie wyprawy a jednocześnie by do maksimum wykorzystać wyjazd, postanowiliśmy podzielić się na dwie grupy. Jedna analizowała zabytki północnego a druga, z prezes Tamarą Jermakową-Szymańską, południowego Egiptu. Obie grupy miały spotkać się na płaskowyżu w Gizie. W tej relacji skupię się jednak wyłącznie na odkryciach związanych z wyprawą wzdłuż Nilu.


   Ekspedycję rozpoczęliśmy w Asuanie, mieście położonym na południu Egiptu, prawie 900 kilometrów od Kairu. Dlaczego tam? Nie dlatego, że położone jest na wschodnim brzegu Nilu, tuż przy pierwszej katarakcie, przy narodowej dumie współczesnego Egiptu - tamie asuańskiej i jest obecnie centralnym punktem skąd wyruszają liczne wycieczki z tysiącami turystów stłoczonych na pokładach spacerowych statków. Nie, nas w te suche, pustynne okolice przyciągnęły starożytne zabytki. W pobliżu, bowiem znajduje się jeden z najstarszych kamieniołomów sjenitu - czerwonego granitu - jednego z najtwardszych minerałów. Chcieliśmy na własne oczy zobaczyć nieukończony, największy obelisk w Egipcie i odnaleźć ślady niewiarygodnych technologii tajemniczej cywilizacji, o której wspominają archiwa naszej prezes. Do tego planowaliśmy obejrzeć tzw. świątynie w oddalonym o 300 kilometrów Abu Simbel i na niedalekiej wyspie File.  

   Już na miejscu okazało się jednak, że szkoda naszego czasu na wyjazd do Abu Simbel. Ci Czytelnicy, którzy odwiedzali ten kompleks na pewno z niedowierzaniem przyjęli tę wiadomość. Jak można zrezygnować z obejrzenia jednego z najważniejszych zabytków państwa faraonów? Można, jeśli się weźmie pod uwagę, że zespół dwóch „świątyń” wybudowanych przez Ramzesa II w czasach szczytowego rozkwitu starożytnego Egiptu został rozebrany kawałek po kawałku, odrestaurowany, przeniesiony wyżej i od nowa ustawiony. By nadać mu wygląd przypominający oryginalne usytuowanie, gdyż kompleks został precyzyjnie wycięty na zboczach skalnych, zbudowano z żelaza, betonu i skał sztuczne wzgórze. Był to jedyny sposób by je zachować, gdyż powstanie Tamy Asuańskiej spiętrzyło wody Jeziora Nasera automatycznie grożąc zalaniem wielu zabytkowych budowli. Dlatego, aby uchronić Abu Simbel przed zniszczeniem, w latach 1964-1968, „świątynie” zostały przeniesione ponad lustro wody, na miejsce położone o około 65 m wyżej, w stosunku do swej uprzedniej lokalizacji. Cała ta gigantyczne operacja, której koszt wyniósł około 36 mln. dolarów została sfinansowana przez rząd Egiptu i UNESCO. Ciekawostką jest też fakt, że kierownikiem prac był nasz rodak wydelegowany z ramienia UNESCO, Kazimierz Michałowski. W 1979 roku świątynia została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

 

   Ale to, co dla turystów nadal stanowi wielką atrakcję i jednocześnie jest narodową dumą współczesnej technologii budowlanej, dla nas, w tamtym momencie, nie miało żadnego znaczenia. Chcieliśmy zobaczyć oryginalny kompleks w jego pierwotnym stanie, gdyż opierając się o medialne przekazy Tamary Jermakowej - Szymańskiej, staraliśmy się jednocześnie odtworzyć pradawny „łańcuch” łączący tego typu budowle w jeden organizm znajdujący się na terytorium współczesnego Egiptu, i wypełniający zadanie zaprogramowane przez jego stwórców, dotyczące zbierania informacji o właściwościach Ziemi, nie tylko fizycznych, ale także wibracyjnych i energetycznych. Oczekiwaliśmy więc, że odnajdziemy ślady tego, po co przyjechaliśmy. Że w Abu Simbel, stojąc wśród 20 metrowych posągów dostaniemy informację uzupełniającą nasze archiwum, że energetyczny kanał jest nadal aktywny i pozwoli naszemu medium na pełny kontakt i wydrzemy jeszcze jedną tajemnicę starożytnym bogom. A badanie sztucznej dekoracji zaraz na początku wyprawy nie miało żadnego sensu. Dlatego woleliśmy ten czas poświęcić na zwiedzenie innych miejsc, nie mniej ciekawych, ale za to zachowanych w oryginalnym stanie. Jednak już teraz mogę powiedzieć, że po powrocie i drobiazgowej analizie uzyskanego materiału i swoich archiwów Prezes Instytutu stwierdziła, że podczas następnych wypraw trzeba będzie tam pojechać, by na oryginalnym miejscu, które obecnie znajduje się pod wodą, uzyskać przekazy dotyczące tych specjalnych zadań, jakie wykonywały ogniwa egipskiego „łańcucha” na naszej planecie.

 

   Z tych samych powodów zrezygnowaliśmy również z wyjazdu na wyspę File, gdzie niegdyś znajdowała się „świątynia” poświęcona Izydzie. Naszą uwagę bowiem przyciągnęło niezwykłe podobieństwo kompleksu do obiektu znajdującego się w Edfu poświęconemu, jak się powszechnie uważa, Horusowi. Siedlisko Izydy wyglądało i wygląda obecnie jak mniejsza kopia – siostrzana wersja „świątyni” boga - sokoła a charakterystyczne pylony od razu rzucają się w oczy. To podobieństwo stylu i wykonania jest bardzo wyraźne i występuje tylko w tych dwóch miejscach. Oczywiście historycy powstanie obu obiektów datują na ten sam okres panowania dynastii Ptolomeuszów, ale....o tym później. Tak więc podobnie jak w przypadku Abu Simbel, zbudowanie Wysokiej Tamy na tyle spiętrzyło wodę w Nilu, że zabytkowy kompleks niemal przez cały rok znajdował się pod wodą. By uchronić obiekt przed zniszczeniem rząd egipski i UNESCO przeniosły zabudowę na wyżej położoną wyspę Agilkia. Nie chcieliśmy więc tracić czasu na zwiedzanie czegoś, co utraciło pierwotny energetyczny zapis i wszystkie interesujące nas ślady zostały zatarte podczas rekonstrukcji. Nie, nie po to przybyliśmy do Egiptu a to, co dla zwykłych turystów może być wielką atrakcją, już drugi raz, dla nas, okazało się nic niewartym pseudo skansenem. Nie mniej jednak postanowiliśmy, podczas następnej wyprawy, gdy nastanie pora sucha i wody Nilu opadną na tyle, by odsłonić powierzchnię wyspy File, dokładnie sprawdzić pierwotne miejsce ulokowania „świątyni Izydy”. To tam kryje się klucz do jednych z licznych drzwi labiryntu starożytnych tajemnic.


 

  Rezygnacja z tych wycieczek dała nam dwa dodatkowe dni, więc postanowiliśmy bliżej przyjrzeć się okolicom Asuanu i więcej czasu poświęcić na zwiedzanie lokalnych zabytków. Chcieliśmy przepłynąć Nil i udać się na Górę Wichrów, która od momentu naszego przybycia nie dawała spokoju naszemu medium, chociaż jak nas wcześniej poinformowano niczym szczególnym to miejsce się nie wyróżnia. Ruiny małych egipskich świątyń, wczesnochrześcijańskiego klasztoru, katakumby, i jamy, gdzie przez stulecia grzebano zmarłych. Kierowniczka wyprawy twierdziła jednak, że znajdziemy tam ślady pradawnych cywilizacji.  

   Wyruszyliśmy z samego rana, gdyż dzień trwał wówczas tylko około 11 godzin a najlepsza pora do filmowania to poranne i popołudniowe godziny. W ciągu dnia promienie palącego słońca są na tyle mocne, że wykonane zdjęcia zalane są biało świetlistą poświatą.

 wzg__rze_wichr__w.jpg

   Już na pierwszy rzut oka, to górujące nad okolicą wzgórze, wyraźnie odróżnia się od innych. I nie tylko tym, że przypomina równoramienny trapez, ustawiony wzdłuż rzeki na którego szczycie stoi mała muzułmańska świątynia, ale przede wszystkim charakterystycznym pasem wyciętego zbocza, mniej więcej w połowie wysokości, który niczym wstęga okala je z dwóch stron. Bez tego wzgórze rzeczywiście wyglądałoby, jak inne okoliczne wzniesienia zasypane pustynnym piaskiem. To Tabet el-Hawa, rodzaj grobowców skalnych mających według egiptologów nawet 4 tyś. lat. Całe wschodnie zbocze, na tej wysokości, wygląda jak szwajcarski ser podziurawiony czarnymi oczodołami wyciętych otworów.  

   Na miejscu okazało się, że Góra Wichrów, to nie tylko grobowce z czasów pierwszych faraonów. To także ruiny wykutych w skale świątyń poświęconych Ramzesowi II i jego ukochanej małżonce Nefertari. To duże jaskiniowe miasto, kaplice i klasztory pierwszych chrześcijan i sakralne budowle muzułmanów. Eklektyka stylów i czasów. Istny dziejowy przekładaniec. I chociaż dla każdego historyka taka mieszanka różnych epok i kultur to prawdziwe Eldorado, prace archeologiczne praktycznie nie są tu prowadzone. I to już na samym początku dało nam do myślenia. Dlaczego? Wygląda na to, iż nikt tak naprawdę, ani egipscy ani zagraniczni naukowcy, nie są zainteresowani poznaniem tajemnic wzgórza. Bo co nowego wniesie do dobrze poznanej historii starożytnego Egiptu? Nic. Takich nieodkopanych miejsc jest tu tysiące. O nie się nie dba. Turyści i tak oglądają to, co najsłynniejsze.... Nowoczesna wiedza o przeszłości oparta jest tylko i wyłącznie na badaniach europejskich naukowców. I gdyby nie ich pasja i poświęcenie Egipt z jego najcenniejszymi zabytkami nadal byłby zasypany piaskiem tak, jak na początku XX wieku. Doskonale to widać na starych widokówkach i zdjęciach. Więc gdzie się podziali spadkobiercy dumnych i potężnych faraonów? Gdzie dziedzice starożytnej wiedzy i wysokiej kultury? Gdzie kultywacja tradycji i obyczajów, szacunek dla przodków? Tego nie ma. Dbałość o zachowanie zabytków, to dbałość o własne interesy, i tylko dzięki funduszom z Zachodu, dla którego dawny Egipt jest kolebką naszej cywilizacji.  

   Takie myśli krążyły po głowie, kiedy zobaczyliśmy w wykutych ręcznie nawach i pomieszczeniach poukładane byle jak, jeden na drugim, wiklinowe kosze i drewniane skrzynie pełne rozpadających się, brązowych kości. Ułamki naczyń i figurek. Przecież to bezcenne skarby, które należałoby porządnie skatalogować. Według przewodników mają one ponad dwa tysiące lat! 

 

   To co rzuca się w oczy, gdy postawi się stopę na brzegu i spojrzy w kierunku zbocza, to ciężkie, masywne i strome schody prowadzące na górę. Tworzą je idealnie obrobione i wygładzone kamienne płyty połączone ze sobą bez żadnego spoiwa. Zupełnie nie pasują do zbudowanych po obu ich stronach ścian ułożonych z różnej wielkości odłamków skalnych sklejonych ze sobą glinianą zaprawą. Niczym nie przypominają wykutych w skalnym zboczu stopni, które widzieliśmy w tureckiej Kapadocji, lub jaskiniowych twierdzach-miastach na Krymie. Tam, chociaż budowniczowie naprawdę się starali, nie udało się zachować tak idealnej formy i równej powierzchni. A przecież powstały znacznie później, bo w pierwszych wiekach naszej ery, już w epoce powszechnie używanego i twardszego niż brąz i miedź żelaza. Te tutaj, nie pasują także do ręcznie wykutych skalnych pomieszczeń pełnych kolumn i portali wzdłuż których prowadzą. Na szczycie skręcają w lewą, jak nam powiedziano najstarszą część i dosłownie urywają się. Z hałd piasku wystaje tylko ostatnia, pojedyncza płyta. Teraz trudno powiedzieć, jak daleko prowadziły, gdyż ten fragment zbocza wraz z wąską ścieżką tworzą obrywy skalne i gruz pod nogami wymieszany z piaskiem... Urwane kamienne stopnie nie dają nam jednak spokoju spokoju, bo ich starte, zniszczone powierzchnie i lekkie rozstępy wyraźnie wskazywały na archaiczny wiek. Ba, pewne fragmenty prymitywnej obróbki obejrzanej właśnie części skalnego miasta wskazywały, że wykuwane w zboczu komnaty specjalnie dostosowywano do nich, jakby były tu wcześniej, znacznie wcześniej. Czytelnicy po obejrzeniu zdjęć pewnie zapytają dlaczego tyle o nich piszę? Przecież nie widać w nich nic nadzwyczajnego. Schody jak schody, podobne się trafiają bardzo często i nie stanowią żadnej sensacji. Tak, tylko w tym miejscu, zupełnie tu nie pasowały. Zbyt różniły się techniką wykonania od tego, co do tej pory zobaczyliśmy. A technologia obróbki kamienia może powiedzieć bardzo dużo o stopniu rozwoju danej kultury i zaprzeczyć lub potwierdzić naukowe dogmaty. A w Egipcie „szkiełko i oko”, zdrowy rozsądek i logika, to podstawowe narzędzia badawcze. 

 schody_kamienne_prowadzace_na_szczyt_g__ry_wichr__w.JPGRuiny_z_pocz__tku_naszej_ery.jpg

   My jednak zwiedzanie rozpoczęliśmy od prawej strony. Przewodnicy prowadząc nas w nowszą część, gdzie znajdowały się ruiny klasztoru pokazali datowane na pierwszy wiek naszej ery chrześcijańskie malowidła, płaskorzeźby i reliefy na ścianach. Tłumaczyli, która z części powstała wcześniej, która później. Wszystko wyglądało tak, jakby epoki nakładały się na siebie, jakby ludzie żyli w tym miejscu od wieków. Zmieniały się okresy historyczne, być może przychodziły i różne narody, ale miejsce się nie zmieniło. Coś rozebrano, coś dobudowano. Gdy zabrakło miejsca kuto nowe wnętrza. Przechodziliśmy przez różne pomieszczenia i zakamarki. Nie mogliśmy jednak oprzeć się wrażeniu, że coś tu nie gra, bowiem najstarsze i najnowsze części tej strony kompleksu wyglądają prawie tak samo. Ręcznie kute ściany, sufity i nieudolnie zaokrąglone i krzywe kolumny zdradzały prymitywną obróbkę. Czy to egipskie, czy już z okresu chrześcijaństwa są nierówne i chropowate, pełne śladów po użytych narzędziach. Nie widać tu widocznego postępu i rozwoju. Ten sam sposób budowy ścian i murów z kawałków skalnych polepionych gliną tak, jakby przez tysiąclecia nic się nie zmieniło. Nie tego oczekiwaliśmy. Mimo wszystko coś musiało być tu innego, przecież widzieliśmy schody. Prezes Instytutu nalegała, by przewodnik poprowadził nas na drugą stronę. Wytłumaczyliśmy mu, że bardziej interesuje nas ta druga część. Ruszyliśmy we wskazanym kierunku i przenieśliśmy się w czasie niemal w XXI wiek! Po kilku minutach, gdy doszliśmy do najstarszej części skalnego kompleksu widok stoku dosłownie zbił nas z nóg.

 

  To, co z daleka wyglądało na naturalne obsuwiska skalne lub celowe działanie podczas wybierania skalnego gruzu, z bliska okazało się czymś zupełnie innym. To nie miejsca skąd czerpano materiał na budowę murów i nie obrywy. Skłon został pocięty tak, jak my wycinamy kwadratowy kawałek sernika lub szarlotki z całej blachy. Dosłownie, jakby wielki nóż o kilkumetrowej długości odcinał ze zbocza niepotrzebne skały, tworząc w ten sposób pionowe, gładkie ściany niczym wnęki, ale otwarte od góry, zachowując między nimi idealny kąt prosty. To nie wszystko. Ten wielki nóż potrafił wyciąć w pionowej ścianie zbocza wysokie na kilka metrów wejścia i długie prostokątne, wąskie szczeliny nad nimi tak, jakby ryglowały się w nich części jakiegoś nieistniejącego już zadaszenia. Z imponującą precyzją powycinać wewnątrz góry ogromne pomieszczenia z rzędem równie dokładnie wykonanych kolumn.

 pociete.jpg

   Szok mijał powoli. Jeszcze nie rozumieliśmy tego, co zobaczyły nasze oczy, ale już stało się jasne, że nie wkroczyliśmy nawet w nasze czasy, gdzie płyty gipsowo-kartonowe na zawsze zmieniły wygląd wnętrz niwelując wszystkie problemy związane z kładzeniem tynku na ściany i sufity a ogromne, najnowocześniejsze piły i szlifierki z łatwością radziły sobie z perfekcyjną obróbką kamienia, nawet jeśli był to zwykły piaskowiec. Ta technologia, której przykłady zastosowania mieliśmy przed sobą wyraźnie górowała nad naszą. Jak we śnie weszliśmy do kwadratowych pomieszczeń z idealnie równymi ścianami i wyciętym niegdyś sufitem, wypolerowanymi jak lustrzana tafla. To oczywiście przenośnia, bo piaskowiec nawet po perfekcyjnie gładkim cięciu zachowuje pewną szorstkość i ziarnistość, ale chcę, by Czytelnicy zrozumieli z czym się zetknęliśmy. Piaskowiec to krucha, podzielona na łatwo łupiące się warstwy skała. Cięcie nawet za pomocą ostrych pił czy specjalnych noży zawsze może spowodować odłupanie i rozdzielenie się jej warstw. A wewnątrz Góry Wiatrów wszystko było doskonale wycięte. Bez uszkodzeń, chociaż widać, że powierzchnia uległa już naturalnej erozji. Do tego równe kąty proste między ścianami i sufitem niczym we wnętrzu olbrzymiego sześcianu. Jak stare mogły być te pomieszczenia? Część z nich była pokryta egipską polichromią, reliefami i hieroglifami a część nie. Na niektórych ścianach dawni mieszkańcy starali się nałożyć warstwę gipsowego alabastru i chociaż mieli do dyspozycji równe płaszczyzny nie udało im się. Powłoka ma różną grubość i ślady po gładzeniu. Ponadto wyraźnie widać jak niektóre pierwotne, węższe przejścia i wnęki zostały poszerzone lub pogłębione już znacznie później i na takich elementach wyraźnie zaznaczona jest przepaść technologiczna dzielącą kompleks. Części stare wycięte niczym olbrzymią piłą, łączą się z nowszymi, ciosanymi ręcznie przy pomocy dłut. To samo dotyczy wyciętych hieroglifów i reliefów. Część jest wykonana jako wypukła i płaska jak odciski z wyciskanej pieczęci, na innych zaś, widać niezbyt precyzyjne wycinanie dłutem jak kopie pisma z minionych epok. Skromnie prezentują się też tzw. świątynie Ramzesa i Nefertari. Chociaż znajdują się w tej części zespołu, wyciętej i ozdobionej resztkami monumentalnych kolumn, nie można ich porównać do obiektów w Abu Simbel, Abydos, Karnaku czy Luxorze, gdzie powstały, jak twierdzą egiptolodzy, ogromne posągi, świątynie i reliefy poświęcone właśnie temu faraonowi. Ale dla nas, to nie było takie istotne. Cieszył fakt, że nawet tu, na zasypanym wzgórzu, z rzadka tylko odwiedzanym przez turystów, natrafiliśmy na interesujące ślady technologii, które o wiele przewyższały ówczesne możliwości. Radość potęgowało odkrycie w jednym z pomieszczeń granitowego stołu ofiarnego, jak go nazwali przewodnicy, który swoją precyzją wykonania przewyższał nawet opisane wcześniej pomieszczenia.

granitowy_oltarz.jpg

    Proszę sobie wyobrazić granitowy monolit w kształcie prostopadłościanu o wymiarach około 1x0,7x0,7 metra, z lica którego wystaje część o kwadratowym profilu. Cały blok jest wygładzony i wypolerowany na wysoki połysk. Wszystkie krawędzie są proste i ostre. Do tego na górnej powierzchni, centralną część zajmuje prostokąt z dwoma idealnie wyciętymi okręgami, coś na kształt dzwonu między nimi i dwa przedmioty podobne do dzbanów. Pod tym specyficznym obrazem wycięto cienkimi liniami coś, co przypomina tabelę z arkusza kalkulacyjnego. Ramę tego wyobrażenia tworzą precyzyjnie wycięte hieroglify. Monolit, pomimo iż wymiary określiliśmy na oko, gdyż stał w pomieszczeniu zamkniętym stalową kratą mógł, biorąc pod uwagę wagę granitu, ważyć nawet powyżej dwóch ton! Kto go tu wciągnął? Jak? Po kamiennych schodach, czy za pomocą lin po stromym piaszczystym zboczu? Już sama jego obecność w tym miejscu była niedorzecznością. Po co? Przecież trzeba go było z niemały wysiłkiem przewieźć z drugiego brzegu, gdzie wydobywano czerwony granit. A jakość wykonania? Nawet dziś, byłoby trudno bez użycia specjalistycznych narzędzi wykonać tak doskonałą formę. Do tego równie zastanawiające i intrygujące wyżłobione napisy i figury. Zobaczywszy je, jedyne co przyszło nam do głowy to porównanie, że powstały jak współczesne grawerunki na szkle, wytrawione przy pomocy lasera. Dosłownie wytrawione, na tę samą głębokość, jakby zaprogramowana cyfrowo obrabiarka automatycznie przenosiła przygotowany wcześniej szablon na wygładzony kamień. A przecież pracownicy tego muzeum stanowczo twierdzili, że ten eksponat znajdował się w tym miejscu niemal od zawsze! I nawet, jeśli by powstały w nas wątpliwości co do zastosowanej technologii ścinania zboczy i wykonywania precyzyjnych wnętrz, to granitowy monolit jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki usunął je wszystkie. To był ten ślad, którego szukaliśmy i o którym mówiła prezes Instytutu. I konia z rzędem temu, kto udowodni, że za pomocą wykonanych z brązu lub miedzi rysików i dłut mistrzowie sztuki kamieniarskiej epoki egipskich faraonów mogli dokonać takiego dzieła. To po prostu niemożliwe, jak niemożliwym jest przecięcie za pomocą drewnianego noża metalowego gwoździa.

 kosci.jpg

   I dopiero jak się świadomie stanie z takim artefaktem oko w oko, przeanalizuje jego jakość wykonania i obecność w danym miejscu, jasnym się staje, że historia, zwłaszcza ta najdawniejsza, którą bezkrytycznie wykłada się w szkołach i uniwersytetach na całym świecie jest zupełnie inna. Że nasza cywilizacja nie rozwija się liniowo od prymitywnego początku, tylko została gdzieś po drodze „zaszczepiona” i uszlachetniona a dawna wiedza starożytnych, która wśród uczonych dyletantów budzi szczery podziw i jednocześnie zmusza ich do wysnuwania najdziwniejszych, fałszywych teorii, to tylko reminescencje tej wiedzy, którą w niewielkim ułamku przejęliśmy, niejako w spadku po wysokorozwiniętych cywilizacjach. I niezależni badacze odnajdujący ich ślady w Biblii i świętych księgach starożytności mają rację, prawdę przekazują ezoterycy i zwolennicy istnienia legendarnej Atlantydy. Istniały niegdyś supercywilizacje na Ziemi. Artefakty mówią same za siebie, tylko trzeba umieć i chcieć je właściwie odczytać....


   Następnego dnia udaliśmy się do pobliskiego kamieniołomu czerwonego granitu, z którego, za czasów faraonów, czerpano budulec pod olbrzymie stele, posągi i obeliski. Chcieliśmy z bliska przypatrzeć się niedokończonemu kolosowi i jednocześnie dokładnie przeczesać teren. A nuż odkryjemy pozostałości po zaawansowanej technologii i zauważymy ślady użytych narzędzi. Przecież jaki by poziom rozwoju sobą nie reprezentowała, to zawsze zastosowany sprzęt pozostawia swoje odciski. Swoiste piętno, które gotowe jest opowiedzieć swoją historię. Czy to wiertła, czy piły, kliny rozporowe lub młoty kruszące nic się nie ukryje ... Archeolodzy stanowczo twierdzą, że materiał z kamieniołomu brano w czasach Nowego Państwa a więc okresu w dziejach starożytnego Egiptu, trwającego od XVI do XI wieku p.n.e. Był to czas panowania XVIII, XIX i XX dynastii, około 1570-1070 lat p.n.e. i największego rozkwitu potęgi starożytnego Egiptu a jednocześnie nadal trwającej epoce brązu. Historycy są zdania, że pierwsze wyroby z żelaza zaczęły napływać do Egiptu z Palestyny dopiero po roku 1100 p.n.e. i to głównie pod postacią drobnych przedmiotów codziennego użytku i broni. Nie trzeba dodawać, że metal ten, w tamtych czasach, chociaż twardszy od brązu, nie miał takiej jakości jak współcześnie. Ale wracając do obelisku. Gdyby został ukończony, miałby 41 m wysokości i ważyłby około 1200 ton!  

monolit.jpg

   Jeśli ktoś wyobraża sobie kamieniołom jako wysokie zbocze z którego odłupuje się skałę będzie rozczarowany, gdy zobaczy ten w Asuanie. Podążając za grupą turystów( byli dla nas drogowskazem) nie przypuszczaliśmy, że obiekt naszej wyprawy znajduje się niemal pośrodku osiedla a nowe budynki coraz ciaśniej otaczają go betonowym kręgiem. Co prawda zajmuje swoją powierzchnię, ale spodziewaliśmy się raczej dzikich zboczy na skraju pustyni niż stojących dookoła domów. Trudno sobie teraz wyobrazić jego pierwotny wygląd przed tysiącami lat, ale wydaje się, że było to niewysokie, skaliste wzgórze w kształcie nerki, z którego zaczęto czerpać budulec, odłupując wierzchnie warstwy wystającego na powierzchnię granitu.  

kamieniolom.jpg

   Granit z Asuanu spotkać można niemal w całym Egipcie a zwłaszcza w jego najbardziej znanych i podziwianych zabytkach. I w oddalonej o 900 kilometrów Gizie, w Karnaku, Edfu, Kom Ombo i w Luksorze. Robiono z niego gigantyczne rzeźby, obeliski, tzw sarkofagi, używano jako elementy konstrukcyjne budowli... Archeolodzy, biorąc pod uwagę odległość między kamieniołomem a miejscami gdzie się na niego natykano wysnuli wniosek, że granitowe bloki Egipcjanie transportowali Nilem. Do koryta rzeki, gdzie czekały statki prowadziły specjalnie wykopane kanały. W 2002 roku, naukowcy odkryli taki właśnie kanał łączący Nil z oddalonym o dwa kilometry asuańskim kamieniołomem. Podobne prowadziły od rzeki do miejsca przyszłej budowy. Taki transport byłby możliwy jeśli kanały byłyby odpowiednio szerokie i głębokie i bloki ważyłyby do kilkuset kilogramów, ale nie ton. A waga niektórych granitów rozsianych po całym państwie dościga 300-400 ton. Czy tratwy z papirusu i statki wytrzymałyby taki ciężar? Tym pytaniem akurat koryfeusze nauki nie zaprzątają sobie głowy. Mają swoje teorie, które dla pełnego zrozumienia naszego wywodu pokrótce wyjaśnię.

 

    To, co nam, trzeźwo myślącym, jest trudne do wyobrażenia, naukowcom przychodzi bez problemu. Według nich, asuański kanał powstał w miejscu naturalnej szczeliny w granitowym podłożu a starożytni robotnicy, chociaż nie posiadali wówczas specjalistycznego sprzętu, tylko ją powiększyli. Jak sugerują sami geolodzy, kanał napełniał się wodą podczas wylewów Nilu, co znacznie ułatwiało załadowanie wielotonowych bloków. Robotnicy umieszczali bowiem głazy na ułożonych w suchym kanale tratwach i czekali aż woda sama podniesie ładunek. Jakie to proste prawda?

   Wróćmy jednak z powrotem do samego kamieniołomu. Nie poszliśmy za grupą szumnych turystów, zatrzymaliśmy się zaraz na początku ścieżki wyznaczonej przez rozpięte liny sugerujące trasę zwiedzania uważnie się rozglądając. Nie trzeba być specjalistą, by zauważyć, że kamieniołom był bardzo intensywnie eksploatowany. Całe wzgórze zostało połupane i pocięte tworząc wysokie, pionowe ściany z jednej strony, wyraźne zagłębienie pośrodku a obłe niegdyś kształty skał zostały w większości ociosane zarówno w pionie jak i w poziomie. Obrywano całe warstwy granitowych ścian i dzielono je na mniejsze części. Wyrywano kawałek po kawałku, mniejsze i większe takie, jakie w danym momencie były potrzebne. Do tego cały, zachowany obraz prowadzonych dawno temu prac wskazywał na niezwykłą lekkość i swobodę z jaką to robiono. Można rzec łupano i cięto na prawo i lewo, tak jak chciano, bez problemu i wysiłku. Bez systematyczności, a na to nie można sobie pozwolić nawet w dzisiejszych czasach! To przecież miejsce wydobycia granitu a nie piaskowca czy innego miękkiego materiału. Do tego eksploatowane ponad trzy tysiące lat temu!

 kam.jpg

   Już z odległości zwróciliśmy także uwagę na wyjątkowo płaskie boki niektórych skał, z których jakby coś odcięto, to z jednej, to z drugiej strony. Zauważyliśmy i takie odłamki głazów, w których ścięto dwa sąsiednie boki jakby ktoś chciał z nieforemnego monolitu wykonać sześcian lub prostopadłościan. A niektóre takie formacje miały po kilka metrów wysokości. Staliśmy tak przez dłuższy czas, zatopieni we własnych myślach i refleksjach zanim wolno skierowaliśmy się ku środkowi. Obok nas przechodziły kolejne fale turystów. Ich przewodnicy szybko wyjaśniali sposoby wydobycia i transportu. Grupy szybko się rozchodziły. Kilka fotek i już. Kolejna atrakcja zaliczona. Nie śpieszyliśmy się. Metodycznie każdy z nas przeczesywał wzrokiem wierzchołki skał, krawędzie obrywów, odłamki granitu. I chociaż pod nami leżał on –gigant, największy obelisk Afryki, zostawiliśmy go na koniec a całą naszą uwagę skupiliśmy na szukaniu charakterystycznych śladów. Ale nie musieliśmy niczego szukać. To słowo jest niewłaściwe. Wystarczyło bowiem bacznie obserwować skały, by przemówiły. Z początku cichym, ledwie słyszalnym szeptem, potem coraz głośniej, a w pewnej chwili nawet krzykiem. - „Nie mamy nic do ukrycia, wszystko widać jak na dłoni, czy tego nie widzicie. Obudźcie się?!”. Bo język kamienia jest czytelny i żywy nawet po tysiącach lat. Trzeba tylko się na niego otworzyć. I rzeczywiście ślady są. Wyraźne i widoczne jak na dłoni. Aż dziw bierze, że nikt ich nie widzi. Turyści łykają mdłą papkę serwowaną przez przewodników, a miliony w szkołach zapamiętują bzdury z podręczników. A może tak jest bezpieczniej? …

slady_po_pile.jpg

   W każdym razie szybko staje się zrozumiale, że tu, w tym pustynnym kamieniołomie, dawno, dawno temu, wydobywano twardy granit przy pomocy fantastycznej technologii, o jakiej my, zdobywcy kosmosu, możemy tylko marzyć. Używano maszyn, które dosłownie topiły twardą skałę niczym gorący nóż masło, A olbrzymie piły(?) cięły kilkunastometrowe zbocza wzdłuż i wszerz z taką łatwością jak my tniemy kostki plasteliny. Zobaczyliśmy na własne oczy charakterystyczne ślady, podobne do zębów na łyżkach współczesnych koparek, które wtapiały się w granit i niewyobrażalną mocą odrywały gigantyczne bloki skalne, lub całe pionowe ściany. Trafiliśmy na miejsca z których wycinano, regularne bloki, pozostawiając przy tym idealnie gładkie powierzchnie. I dotykaliśmy wycięcia, które przypominają te, wykonane współczesnymi młotami pneumatycznymi tak, jak robi się to teraz. Tylko wielkość obrabianych elementów w Asuanie wielokrotnie przewyższa obecną skalę. Na koniec skały pokazały głębokie okrągłe i kwadratowe otwory, w które wchodziły jakieś elementy wykorzystywanych tu maszyn. To wszystko widać w kamieniołomie. Można z niego czytać jak z książki. Wystarczy otworzyć oczy i wyjść z więzienia umysłu.

 

   Jak więc się mają do tego teorie naukowców, którzy sugerują, że odrywano wielkie kawały za pomocą klinów z suchego drewna, które wbijano w wydrążone otwory, po czym zalewano wodą? Takie drewno pod wpływem wilgoci miało zwiększać swoją objętość i rozpierać skałę co w ostateczności doprowadzało do pęknięcia. To standardowa teoria, która sprawdza się w miękkich skałach piaskowca, alabastru lub wapienia. Rzeczywiście można wydrążyć szereg stosunkowo głębokich otworów położonych blisko siebie, wbić w nie drewniane kołki i polewając wodą czekać, aż zaczną pęcznieć. Po jakimś czasie dojdzie do pęknięcia. Tylko jest pewne ale. Po pierwsze, skala musi być miękka, by można było wydrążyć odpowiedniej głębokości otwór, nie zapominajmy, że starożytni Egipcjanie dysponowali tylko narzędziami z kamienia, miedzi, brązu i kiepskiej jakości żelaza. A po drugie odłupywana warstwa nie może być zbyt gruba a więc będą to stosunkowe małe odłamy i po trzecie, ta metoda sprawdza się tylko podczas odłupywania wertykalnego A nie horyzontalnego. Zaś w Asuanie cięto we wszystkich kierunkach. Poza tym takie odłamanie pozostawia charakterystyczne ślady po otworach a płaszczyzna wzdłuż której nastąpiło pęknięcie nie jest idealnie gładka. A sposób wywiezienia wydobytego materiału? Jedna rzecz odłupać i pociąć a inna wyniesienie tego ze skalnego rumowiska i załadowanie na statek. A w kamieniołomie takich warunków nie ma i być nie mogło. Dlaczego? Bo panuje w nim swoisty bałagan. Brakuje systematyczności przeprowadzanych robót. Nawet w nowoczesnych kamieniołomach, po wysadzeniu części zbocza, obrobione odłamy wywozi się i uprząta hałdy gruzu powstałego podczas całego cyklu wydobycia, by można było kontynuować prace. A do tego musi być odpowiednie zaplecze techniczne w postaci mniejszych i większych dźwigów, oraz urządzeń transportowych wywożących uzyskany materiał. Miejsce, gdzie można by te maszyny postawić. A takiego miejsca nie ma. Trudno sobie wyobrazić, by dźwigi stały na szczycie zbocza i podnosiły ciężar nie dość, że oddalony, to jeszcze z poziomu o wiele niższego niż ten na którym stoi maszyna a dodatkowo wycięty w skalnym podłożu. To wymagałoby użycia olbrzymiej przeciwwagi i bardzo wytrzymałych konstrukcji. Urządzenia mogły stać i po płaskiej stronie kamieniołomu i jak najbliżej miejsca prowadzonych prac, ale i tak odległość byłaby znaczna a do tego sterczące tu i ówdzie ogromne odłamki przeszkadzałyby w podnoszeniu. Po prostu masa i wielkość wycinanych bloków sprawiłaby olbrzymi problem nawet współczesnej technice i sztab inżynierów łamał by sobie głowę nad tym zadaniem. Metr sześcienny granitu waży przeciętnie około dwie i pół tony a ślady wskazują na to, że najmniejsze bloki ważyły kilkadziesiąt ton, średnie setki, a największe, jak ten niedokończony obelisk nawet ponad tysiąc ton! A podobnych obelisków, jak można wywnioskować oglądając zachowane ślady wycięto tam dość dużo. Jak więc radzono sobie? Odpowiedź może dać tylko fantazja, bo logika milczy. Pomimo ogromu materiału skalnego nie widać resztek granitowego gruzu ani miału. Jakby po precyzyjnych cięciach, rumor skalny zniwelowany został do minimum. Bo nie sądzę by archeolodzy wywieźli tysiące ton odłamków tylko po to, by turyści mieli co oglądać.

   Słowa nie oddają tego, co widać w kamieniołomie, więc sugeruję czytelnikom uważne przestudiowanie zdjęć. Oficjalna teoria dotycząca metody wycinania kolosalnego obelisku, całkowicie przeczy temu, co pokazuje sam gigant. Na jego powierzchni i wokół niego wyraźnie widać ślady topienia skały. Także szczelina która powstała wokół obelisku podczas drążenia wygląda jakby ją wydłubano gorącą łyżką. Warstwa po warstwie coraz głębiej i głębiej. Charakterystyczne podniesione i zaokrąglone krawędzie takiego zagarnięcia nie pozostawiają żadnych wątpliwości. Metodycznie rozpuszczano i zabierano warstwę granitu po warstwie jak nabiera się łyżką lody. Krok po kroku. Ślad za śladem. W ten sposób wydrążono rów szeroki na około 80 centymetrów dookoła całego obelisku. A i jego górna powierzchnia nosi podobne ślady topienia, jakby go z grubsza wyrównywano przygotowując do transportu. Teoria mówi, że zdążono obrobić trzy boki kolosa, gdy odkryto skazę w kamieniu. Porzucono go więc nie oddzieliwszy nawet od skalnego podłoża. Jak było naprawdę? Być może rzeczywiście, podczas obróbki nawet tak zaawansowaną techniką granit nie wytrzymał temperatury i pękł. To prawdopodobne jeśli weźmie się pod uwagę, że wysoko w skałach wytopiono szczelinę, którą prawdopodobnie doprowadzano wodę. A woda podczas prac z granitem(cięcia, szlifowania itp.) jest niezbędna nawet w dzisiejszych czasach. Służy do chłodzenia narzędzi tnących i zmniejsza powstawanie granitowego pyłu. Charakterystyczne kształty zbocza i podłoża w którym wycinano kolosa sugerują, że w podobny sposób wykonano kilka takich olbrzymów. I jeszcze jedna dygresja. Załóżmy, że armia niewolników wycięła w skale w ciągu nawet kilkudziesięciu lat taki obelisk. To podstawowe pytanie jakie się nasuwa, dotyczy metody oddzielenia go od podłoża. Jak chciano tego dokonać? Rów jest na tyle wąski, że dorosły człowiek może w nim stanąć ale będzie dotykał ramionami przeciwległych ścian. Do tego głęboki na prawie dwa metry. Teoria mówi o podcinaniu i podważaniu oddzielonej strony obelisku. Ale jak i czym chciano go oddzielić? I czym podważyć? Jak podnieść i wywieść? Przecież jego waga szacowana jest na 1200 ton! Arcytrudne wyzwanie nawet dla współczesnej techniki. Czy więc starożytni Egipcjanie epoki faraonów jaką znamy, mogli zmierzyć się z takimi trudnościami? Pytanie uważam za retoryczne, ale podam historyczny przykład ustawiania dwa razy mniejszego a więc i ponad dwa razy lżejszego obelisku w Rzymie. Uważa się , że tzw. Obelisk Watykański jest prawdopodobnie obeliskiem Amenemhata II panującego w XIX wieku p.n.e. Jego wysokość wynosi tylko 25 metrów i stoi po środku Placu Świętego Piotra. Prawdopodobnie został przywieziony do Rzymu przez Kaligulę w 37 roku i ustawiony na Vatican Circus. Co się z nim później dziano nie wiadomo. Za to ponownie postawiono go w 1586 roku z inicjatywy papieża Sykstusa V. Jest pierwszym starożytnym obeliskiem, ustawionym w czasach nowożytnych. Pracami przy ustawieniu obelisku kierował papieski architekt Domenico Fontana. Uczestniczyło w nich 900 robotników i 140 koni. Aby ustawić olbrzyma, zbudowano 44 specjalne machiny - wyciągarki. Przygotowania trwały około 4 miesięcy. Gdy już obelisk miał stanąć na swej podstawie okazało się, że źle obliczono długość lin i nie da się ich już bardziej naciągnąć. Błąd był niewielki, lecz nie pozwalał na umieszczenie obelisku w pozycji pionowej. Poradzono sobie dopiero za pomocą wody, którą polewano liny. Nasiąkając wydłużyły się na tyle, że można było dokończyć dzieło. Ten przykład dowodzi jak trudno obchodzić się z takimi gigantami i zauważmy, że wszystko działo się na ogromnym placu, gdzie z łatwością można było manewrować ludźmi, końmi i maszynami....


   Każdy, kto chce dotrzeć do sedna prawdy dotyczącej naszego pochodzenia i rozwoju, zrozumieć kim jest i poznać tajemnice naszej przeszłości musi tylko otworzyć oczy i oczyścić umysł. I nie chodzi o medytację i osiągnięcie wewnętrznej pustki. Trzeba po prostu uważnie patrzeć, analizować i logicznie myśleć. Nie przyjmować żadnej teorii za pewnik, ale bacznie się przysłuchiwać i obserwować. Wnioski przychodzą same. Dowody leżą na każdym kroku. Czy to, co odkryjemy zachowamy dla siebie, czy podzielimy się z innymi, to już inna sprawa, ale warto o tym mówić, bo to nasze dziedzictwo... CDN.


Ps. W następnej części naszej relacji odwiedzimy megalityczne budowle środkowego Egiptu.


 

Grzegorz Szymański