Uroczysko Jaworze


Czwarty Wymiar | Czwartek, 18 czerwca 2009

Przy szlaku na Błatnią, na zboczach góry Wysokie, w malowniczym zakątku pomiędzy starymi świerkami i jodłami znajduje się uroczysko kultowe z XVII w. W okresie prześladowań religijnych gromadzili się tu na nabożeństwach ewangelicy.


uroczysko450.jpeg
(fot. Czwarty Wymiar / Jakub Wesołowski)

Jaką tajemnicę kryje to miejsce? Co jest źródłem jego niesamowitej energii?

 Przygotowując się do wywiadu z medium – Tamarą Jermakową-Szymańską – miałem nadzieję, że okaże się ona osobą wystarczająco otwartą, by mój pobyt w Bielsku-Białej – stolicy Podbeskidzia – okazał się owocny. Trema i wszelkie obawy pierzchły jednak już w pierwszych minutach spotkania, gdyż „tańcząca szamanka” – jak niegdyś ochrzciły ją media – okazała się sympatyczną i komunikatywną kobietą, a obfitująca w liczne dygresje rozmowa przebiegała niezwykle swobodnie. Nie przypuszczałem jednak, że zainspiruje mnie do eksploracji tajemniczych miejsc rozsianych po całym Beskidzie Śląskim.

 Na początku tylko spontanicznie wyraziłem zachwyt miejscem, w którym mieszka moja rozmówczyni. – Mieszka pani w uroczym miejscu. Zazdroszczę codziennego widoku tych pięknych, wiecznie zielonych gór.

 – Te góry są tak samo piękne, jak tajemnicze – odpowiedziała mi z uśmiechem. – Nawet tu, pod domem jest kilka miejsc, które zamierzamy razem z mężem zbadać. Najbliższe szczyty, które pan widzi, kryją w sobie wiele do dziś nierozwiązanych tajemnic. Są na tyle niecodzienne, że nasi śląscy archeolodzy nie mają pewności, co się tam rzeczywiście znajdowało, czemu służyło i kiedy powstało. To wyjątkowo energetyczne miejsce. Zamierzam je sprawdzić swoimi metodami...
 Takiej okazji nie mogłem przepuścić. Przecież w redakcji wre praca nad ezoteryczną mapą polskich miejsc mocy, a rejon Beskidów świeci jeszcze białymi plamami. Zaproponowałem więc pani Tamarze współpracę w badaniach tych niezwykłych zakątków. Odmówiła. Jest zbyt zajęta własnymi sprawami, ale dla dobra Czytelników „Czwartego Wymiaru” obiecała podzielić się zdobytymi przez siebie informacjami. Dodatkowo wyraziła zgodę, bym towarzyszył jej podczas wypraw jako obserwator. Najbliższy wolny termin przypadał na początek maja, a wybranym miejscem miało być uroczysko Jaworze, w którym w XVII wieku znajdował się jeden z leśnych kościołów.

 Jest ciepły, słoneczny i rześki poranek. Ubrani na sportowo wyruszamy w góry. Pomimo że nocą padał deszcz, jest sucho. To dobry znak – wysokogórskie szlaki będą bardziej dostępne. Mamy taką nadzieję, bo jak mówi moja przewodniczka, często o tej porze roku śnieg zalega jeszcze na północnych skłonach, a drogi są rozmiękłe i błotniste. Do uroczyska można dojść kilkoma drogami – na skróty lub oznakowanymi trasami turystycznymi: niebieskim szlakiem zaczynającym się obok końcowego przystanku linii nr 16 w Wapienicy, który bardzo stromym podejściem wiedzie na Palenicę i następnie w kierunku Błatniej przez Kopany, Wysokie, Przykre, oraz oznaczonym czerwoną kropką nowym szlakiem z Jaworza. Obieramy tę drugą trasę i wędrujemy ulicą Podgórską wzdłuż północnych skłonów pobliskich szczytów. Przez cały czas zastanawiam się, co zobaczę, czego będę świadkiem. Przed wyprawą udało mi się zebrać trochę informacji o „kościołach bez murów i dachu”, głównie dzięki monografii Jana Jacka Burskiego poświęconej historii Podbeskidzia. Przyznam, że sama historia ich powstania brzmi intrygująco.

Burzliwy okres reformacji

 Ludność tych terenów do dziś charakteryzuje niezwykle żarliwa religijność, często idąca w parze z charakterystycznym konserwatyzmem, silnym przywiązaniem do przekazywanej z pokolenia na pokolenie tradycji. Szczególną rolę w historii Podbeskidzia odegrał burzliwy okres reformacji. To właśnie on zadecydował o specyfice regionu, którego zachodnia – cieszyńska – część do dziś stanowi największą w Polsce enklawę rodzimego protestantyzmu. Nowe prądy dotarły tutaj stosunkowo szybko, zyskując sobie popularność nawet na dworze książęcym w Cieszynie. Protestantyzm znalazł gorących zwolenników nie tylko wśród szlachty (dążącej do przejęcia dóbr kościelnych) i mieszczan (skonfliktowanych z Kościołem i podatnych na wpływy niemieckie), lecz także wśród ludności wiejskiej. Dzisiejsze zachodnie Podbeskidzie to jedyna część Polski (wówczas oczywiście niezwiązana politycznie z Rzeczpospolitą), gdzie reformacja rozpowszechniła się wśród warstw plebejskich. W drugiej połowie XVI w. ewangelicy przejęli większość kościołów w Księstwie Cieszyńskim, doszło też do sekularyzacji wszystkich tutejszych klasztorów. Sytuacja zmieniła się na początku następnego stulecia, za panowania księcia Adama Wacława oraz jego syna Fryderyka Wilhelma. Władcy ci powrócili na łono katolicyzmu i zaczęli prześladować swych protestanckich poddanych. Konflikt religijny osiągnął kulminację podczas wojny trzydziestoletniej. Od 1653 r. działała na terenie Śląska Cieszyńskiego specjalna komisja religijna, której zadaniem było usunięcie protestantyzmu. Zamykano kościoły i szkoły ewangelickie, stosowano wobec innowierców kary grzywny i więzienia, odmówiono im dostępu do urzędów krajowych. Wkrótce okazało się, że prześladowania jedynie zjednoczyły protestantów. Wobec oficjalnego zakazu praktyk religijnych luteranie spotykali się potajemnie w lasach i górskich ustroniach.

Leśny kościół


 W zamyśleniu nie zauważam, że coraz rzadziej mijamy stojące przy drodze domy i zbliżamy się do zielonej ściany lasu. Tu kończy się równy teren i zaczyna góra. Mozolnie pniemy się wąską dróżką. Odczuwamy lekki zawrót głowy spowodowany dużą ilością tlenu. Buczyny produkują go o 30% więcej niż pozostałe lasy. Dookoła nas wirują niezliczone rzesze owadów. Wchodzimy coraz głębiej w las. Droga staje się bardziej wyboista, pełna wystających korzeni i górskich kamieni. Tutaj dominują stare jodły i sosny, gdzieniegdzie przetykane wiekowymi bukami i grabami. Las staje się bardziej ponury. Wokoło wysokie, strzeliste, nagie pnie. Z rzadka krzew lub jeżyna. Zieleń w koronach skutecznie przesłania słońce. Im wyżej wchodzimy, tym bardziej odczuwalna staje się cisza. Mamy wrażenie, że otacza nas tajemnicza, prastara puszcza, chociaż najstarsze drzewa mają nie więcej niż 200 lat.

Jakże inaczej musiał wyglądać ten las ponad 300 lat temu! W tamtych czasach był dziewiczym terenem, porośniętym wiekowymi wysokimi bukami i sosnami... Oddech staje się coraz szybszy i krótszy. Pot zalewa czoło i spływa po plecach. Trzeba się naprawdę namęczyć, by dotrzeć do uroczyska. A to dopiero połowa drogi, jak mówi mąż pani Tamary. Zmęczony, oddalony o dobry kawałek od moich przewodników, staram się wyobrazić sobie te chwile niedzielnych poranków sprzed około trzystu lat, gdy na uroczysku odbywały się nabożeństwa… Musieli wyruszać jeszcze przed świtem. Ze wszystkich okolicznych wsi szli małymi grupkami, by nie wzbudzać podejrzeń katolickich sąsiadów. Wszystkimi dostępnymi dróżkami i ścieżkami z mozołem, jak my teraz, wspinali się wysoko w góry, podążając na spotkanie. Wejście było o wiele trudniejsze. Nabożeństwa odbywały się dość rzadko, więc cała społeczność oczekiwała ich z ogromnym wytęsknieniem. Własnych pastorów nie mieli. Szeroko rozwinięta sieć konspiracyjna działała bardzo sprawnie, więc na spotkania w leśnych kościołach po kryjomu przybywali nieliczni kaznodzieje z Czech i Słowacji. Dziś szacuje się, że takich kościołów było wtedy około dziesięciu, z czego sześć w Polsce. Lokalna społeczność była bardzo zdyscyplinowana i solidarna. Wszyscy cierpliwie czekali na sygnał, na wieści. Gdy wyznaczono konkretny dzień, ludzie gotowi byli stawić się w umówionym miejscu, wkładając w to przedsięwzięcie całą swoją wiarę i energię.

 Jakaż ogromna duchowa siła musiała być w nich tkwić! Jakaż wielka potrzeba obcowania ze Słowem Bożym! Jakby na potwierdzenie słuszności moich rozważań, z zakamarków pamięci wyłania mi się przeczytany wcześniej fragment sprawozdania jasienieckiego proboszcza z 1671 r.: W miejscu tym znajdowali prześladowani ewangelicy pocieszenie, tworzyli kościół i przyjmowali wieczerzę. Wierzyli, że w Dniu Sądu Ostatecznego powstanie na tym miejscu przepiękna, ogromna świątynia i cały naród, który tam się schroni, ujdzie przed karą boską.

Egregor

 Pełni wiary i nadziei udawali się w góry, żarliwie i szczerze modlili, wielbiąc Pana i prosząc o wszelkie łaski. To, że robili to z wielkim oddaniem, czystą duszą i otwartym sercem, ma olbrzymie znaczenie z ezoterycznego punktu widzenia. Siła modlitwy jest ogromna, a wiara czyni cuda. To fakt niepodważalny. Nawet współczesna nauka chyli czoła przed tym fenomenem. Tak, to wszystko wyjaśnia. Silnie pozytywne emocje w ciągu kilkudziesięciu lat nabożeństw przenikały tutaj, tworząc kanał energetyczny, lokalny czakram promieniujący energie. Tak właśnie tworzy się egregor – lokalne pole znaczeń, miejscowe pole magnetyczne, promieniujące własnymi wibracjami. To pojęcie dobrze definiuje astrolog Leon Zawadzki: Egregor oznacza kolektywną, wspólnotową magiczną więź astralną. Więź egregoru powstaje na skutek walorów i jakości energetycznych, ukierunkowanych we wspólnym dążeniu emisji energii zarówno istot żywych, jak i już zmarłych, a nawet przedmiotów nieożywionych. Możemy więc mówić np. o egregorze chrześcijańskim, a w jego granicach funkcjonującym egregorze np. kościoła katolickiego, protestanckiego; egregorze rodu, plemienia, klanu, wspólnoty religijnej etc.

Górski amfiteatr


 Zadowolony ze swojej analizy, przyspieszam kroku i doganiam małżeństwo Szymańskich. W samą porę, bo zaraz będziemy na miejscu. Rozglądam się dookoła, ale nie widzę ani śladu czegoś, co by przypominało uroczysko. Wszystko gęsto zarośnięte krzakami i młodnikami, połączonymi splątaną pajęczyną dzikich jeżyn. Gdyby nie drogowskaz: „Uroczysko kultowe z XVII wieku” ustawiony przy szlaku, można by niepostrzeżenie minąć to miejsce. Schodzimy z szerokiego szlaku i wkraczamy na wąską ścieżkę wiodącą ku spadzistym, wschodnim stokom góry Wysokie. Potykając się o wystające korzenie i kamienie, walcząc z rozrywającymi ubranie jeżynami, wkraczamy na bardzo stromą, ale malowniczo położoną niewielką górską polanę, otoczoną starodrzewiem świerkowo-jodłowym. Za drzewami rozciąga się piękna szeroka panorama płaskiego Śląska. Na mnie to miejsce nie robi jednak większego wrażenia. Strome, zarośnięte chaszczami, pełne korzeni wiatrołomów. Nic nadzwyczajnego. Nie kryję rozczarowania. Ot, porośnięta wysoką trawą górska grapa. Posuwamy się jednak dalej i dostrzegamy wielką tablicę informacyjną z krótką historią tego miejsca. Właśnie tu w czasach kontrreformacji jaworzańscy ewangelicy odprawiali nabożeństwa. Czytam uważnie. Zbudowano tu w formie amfiteatru 13 stopni-siedzisk wykutych w zboczu, wyłożonych niegdyś płaskimi kamieniami o długości 30 metrów. Podzielone były na dwie części ścieżkami przebiegającymi po obu bokach i przez środek, prowadzącymi w dół. Całość mieściła około pięciuset wiernych. Zaczynam rozglądać się baczniej. Rzeczywiście. Najwyższy rząd jest trochę oczyszczony i widać owe płaskie kamienie. Niżej następny i jeszcze jeden. Spod traw, zielska i konarów wyłania się zarys ustawionych w formie amfiteatru schodów. Zostaję na górze, zaś pani Tamara schodzi na sam dół, by rozpocząć swoje badania. Wiem, że nie chce, by jej przeszkadzano, więc siadam na zachowanym stopniu i obserwuję. Staram się też wyobrazić sobie, jak wówczas wyglądał ten amfiteatr. Cała polana jest pozbawiona drzew. Rosną one dookoła niej i poniżej, swoimi pniami i koronami przesłaniając całe zbocze. Zastanawiam się: dlaczego akurat tu? Przecież jest tyle innych równie niedostępnych miejsc. Dlaczego ówcześni budowniczowie zdecydowali się na tę polanę i włożyli ogromny wysiłek w wykarczowanie na stromym zboczu ogromnych drzew i wyciosanie w twardej, kamienistej glebie owych stopni? Taka praca nawet przy współczesnych możliwościach wymaga olbrzymich nakładów i środków. Rozglądam się i dostrzegam leżące dookoła korzenie powalonych wiatrem drzew. No tak. Usunięto, co się dało, ale one musiały tu zostać. Za strome zbocze. Nie wyrwą ich ani konie, ani traktor. Jak więc oczyszczono to miejsce 300 lat temu? A może było niezalesione? Niemożliwe – wokół rosną drzewa, a tu miałaby być łysa polana? Nagle dociera do mnie niesamowita cisza. Nie słychać nawet ptaków. Wyraźnie omijają pobliskie drzewa i sadowią się trochę dalej, poza obszarem polany. To stamtąd czasem dochodzi ich świergot. Cisza nie jest jednak martwa, przypomina raczej filozoficzną pustkę, głęboki stan medytacyjny. Mam wrażenie, że to idealne miejsce do odpoczynku. Może jest tu jakieś promieniowanie? W sumie nie byłoby to niczym nadzwyczajnym. W górach pełno rozpadlin i uskoków, które mogą tworzyć określone promieniowanie geopatyczne. Przerywam swoje rozmyślania i zaczynam obserwować moją przewodniczkę, która najwyraźniej znajduje się już w transie. Widzę, że jej ręce wykonują płynne gesty, przywodzące na myśl Tai Chi lub Chi Kung. Czasem składają się jak do modlitwy lub rozkładają w błagalnym geście. Kreślą złożone figury, podobne do tych, które wykonują hinduscy tancerze, pełne różnorakich mudr...

– W tym miejscu idą modlitwy. Słyszę, jak się modlą, chwaląc Pana – dobiega z dołu głos Tamary Jermakowej. – Oni modlili się tylko do Boga i Jego o wszystko prosili. Nie modlili się do Maryi. Tu (mniej więcej na środku) stał ołtarz w formie półokrągłego kamiennego muru. Na ziemi także leżał duży kamień, jako stopień, na który wstępował ich kaznodzieja. Blat też był zrobiony z dużego płaskiego kamienia. Ale to nie wszystko. Nie mogę tego zrozumieć... Były jeszcze drewniane belki i coś w kształcie koła. Całość przystrojona gałęziami... Na tym stole kładli obrus z krzyżem, stawiali dzbanek i była jeszcze książka... Wszyscy się bardzo żarliwie modlili. Śpiewali pieśni, byli do siebie przyjaźnie nastawieni...

uroczysko2_450.jpeg

Medium siada na pobliskim pniu, wyciąga długopis, kartki i zaczyna pisać automatycznym pismem to, co słyszy. Z tej odległości wyraźnie widać jej skupienie. Sprawia wrażenie, jakby nasłuchiwała, zastanawiała się nad czymś. Trwa to dość długo. Wreszcie kończy, podnosi się i z wyraźnym trudem wspina wąską ścieżką do miejsca, w którym siedzę. Chociaż na usta cisną się dziesiątki pytań, czekam cierpliwie, aż sama zacznie mówić. Od naszego wejścia na teren uroczyska minęło ponad półtorej godziny! Nie do wiary, jak szybko płynie w tym miejscu czas! Pani Tamara jest w doskonałym nastroju, chociaż widać, że pozazmysłowy odbiór informacji był dla niej bardzo męczący.

uroczysko mat_2.jpg uroczysko_mat_003.jpgMetalowy, ozdobny kubek z którego pito podczas nabożeństw(rys. T. J.)                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                      Tak, wg medium, wyglądał metalowy, ozdobny dzbanek

używany podczas nabożeństwa(rys. Tamara Jermakowa)



Miejsce ciszy

 – To idealne miejsce na odpoczynek i wytchnienie podczas wędrówek. Można tu siąść i pomedytować lub przeanalizować swoje problemy. To miejsce naznaczone prośbami do Boga i kanał właśnie w takim trybie pracuje: proście szczerze, a będzie wam dane. Wiem, do czego Pan zmierza – nie, nie jest to miejsce o szczególnej mocy. To naturalne miejsce ciszy, a nie czakram. I dobrze, bo nie zawsze promieniowanie jest dla nas korzystne. Jeśli jest zbyt mocne, lepiej w takich miejscach długo nie pozostawać. A tu można siedzieć do woli. Dodatkowo, uroczysko zostało stosunkowo niedawno wzmocnione szczerymi modlitwami. Pole magnetyczne ciągle jest wyraźne. Czakramy biją z ziemi, a ja odczuwam kanał z nieba (śmiech i gest ręką z góry do dołu). W moim odczuciu miejsce to było tworzone w ciągu wielu pokoleń. Ludzie odkryli panujący tu spokój. Gdy byłam na dole, otrzymałam informacje z jeszcze dawniejszych czasów, gdy tu zbierali się leśni ludzie, ale nie starałam się tego zapamiętać, by nie tracić głównego wątku. Tym zajmę się kiedy indziej, przecież mieszkam niedaleko... To dobre miejsce dla wszystkich, którzy są sensytywni i medialni. Tu mogą sprawdzać swoje umiejętności odczuwania, wizualizacji lub pisania automatycznego... – podaje mi kartkę złożoną na dwoje.

– Proszę, to tylko fragment tego, co udało mi się usłyszeć, ale może się panu przyda...
 Biorę do ręki kartkę i zaczynam czytać. Tekst jest pisany po rosyjsku, tym charakterystycznym biblijnym stylem, który już miałem okazję widzieć. We trójkę zaczynamy go tłumaczyć. Sprawia to zawsze nieco trudności, ciężko jest bowiem oddać w tłumaczeniu ten oryginalny dawny styl. Rodzi to wiele możliwości interpretacyjnych. Zdaję sobie sprawę, że przekład jest niepełny i niepozbawiony błędów. Oto fragmenty kazania, które usłyszało medium, siedząc w miejscu dawnego ołtarza:
 (...) życie nasze wycieka jak krew, ale wiemy, jak wielka jest nasza siła, kiedy jesteśmy razem. I wiecie dobrze, że ufając naszemu Panu i wierząc w jego sprawiedliwość, nie lękacie się. Wiem, jak wielką siłę stanowi nasza wspólnota, kiedy razem zdążamy do swojego celu, szukamy i odnajdujemy siebie nawzajem. Oto nasza społeczność, nasza siła, która nas prowadzi. Ona nam dana, byśmy wierzyli w Słowo Boże. Znając jego przykazania i wierząc w jego siłę, posłaną nam z niebios, osiągniemy zwycięstwo. Ufajmy w jego sprawiedliwość, gdyż głęboko się mylimy, jeśli nie znamy drogi ku światłości wiekuistej, którą nam dał on, nasz Bóg Wszechmogący. To on nas prowadzi radami swemi: nie szukaj sławy, kiedy nie ma do niej drzwi; nie wiesz, gdzie twój dom, zachowaj spokój duszy swojej; umrzyj lepiej, jeśli nie wiesz, co robić; jeśli nie masz spokoju, znajdź przyczynę swego strachu. Bo czyż nie wiadomo, że grzechy nasze odpuszczane są w ogrodzie niebiańskim, a my dzieci piekła i raju nie możemy żyć w nieposłuszeństwie, gdyż samo nieposłuszeństwo przywiedzie do zguby? Radujcie się i pamiętajcie, że wszystka siła nas chroniąca powstaje, jeśli wierzymy w jedynego naszego Boga Ojca i pamiętamy o jego przykazaniach…

uroczysko mat 001_2.jpg

To schemat jaki narysowała medium Tamara Jermakowa podczas wizji na uroczysku.  Na dole naprzeciw ścieżki biegnącej z góry stała konstrukcja ułożona z dzikiego kamienia, coś na kształt niskiej kazalnicy-ambony. Z lewej strony znajdował się okrągły ołtarz a z prawej strony kazalnicy zrobione było miesce dla chóru

   Wszyscy siedzimy przez chwilę w głębokim zamyśleniu, analizując tę prostą prawdę. Oczami wyobraźni widzę w dole przy ołtarzu kaznodzieję w stroju z epoki, który prostymi słowami wygłasza to kazanie ku pokrzepieniu serc i ducha tych wszystkich, którym niestraszne były trudności związane z dotarciem do leśnego kościoła... Opuszczamy teren „Uroczyska religijnego z XVII wieku”, po 100 metrach dochodzimy do niebieskiego szlaku i kierujemy się w stronę Palenicy. Idę pełen energii, chociaż rozczarowała mnie informacja, że to miejsce mocy jest stworzone przez człowieka, a nie przez naturę. Po drodze mijamy grupki ludzi, którzy pytają nas, jak dojść do uroczyska. Nigdy tam nie byli, dużo dobrego słyszeli od swoich znajomych i bardzo chcieliby odczuć na sobie jego pozytywne wibracje. Wysłuchuję wskazówek dawanych im przez uśmiechnięte medium i już wiem, co chce mi powiedzieć: każde miejsce na ziemi może być silnym miejscem mocy, o ile ludzie idą do niego z pozytywnym nastawieniem i wiarą. To my sami tworzymy niebo lub piekło na ziemi…

 Ale to nie koniec naszej wędrówki po Beskidzie Śląskim. W następnym numerze relacja z tajemniczej Palenicy…

 Tekst i zdjęcia: Jakub Wesołowski


Wydanie internetowe: www.4wymiar.pl

UWAGA !!!! Z ostatniej chwili.

Poniżej opinia ks. prof. dr hab. Marka Jerzego Uglorza dotycząca fragmentu kazania jakie usłyszało medium!

kazanie_na_uroczysku_potwierdzenie_001.jpg