Góra świętego ognia – Palenica

Czwarty Wymiar | Środa, 15 lipca 2009

Góra Palenica, nazywana także Szpicem, jest najbardziej na północ wysuniętą częścią Beskidu Śląskiego. Chociaż nie jest wysoka, góruje nad dzielnicą Bielska Białej – Wapienicą i Jaworzem. Wznosi się tylko około 690 m n.p.m., ale dzięki mocnemu wyeksponowaniu ku północy, z jej szczytu roztacza się rozległy widok na część Pogórza Śląskiego.


Do kolejnego spotkania z medium Tamarą Jermakową-Szymańską przygotowałem się solidniej niż zazwyczaj, gdyż uczestnictwo w badaniach tajemniczych ruin, położonych niedaleko jej domu, na szczycie Palenicy, zobowiązywało mnie do przestudiowania wszystkich materiałów dotyczących tej góry. Wolałem mieć jak najlepsze wyobrażenie o tym, co zobaczę i czego będę świadkiem. Ta wiedza pozwoliłaby mi również na skonfrontowanie wyników medialnych badań z hipotezami naukowymi.

 Zacząłem bacznie analizować słowa pana Grzegorza Szymańskiego. Twierdzi on, że nazwa góry pochodzi od czasownika palić, a więc Palenica to miejsce, gdzie dawniej coś palono. Według encyklopedii w Polsce występuje kilka szczytów tak nazywanych. Najbardziej znane są w Szczawnicy w Pieninach, w Tatrach, w Ustroniu w Beskidzie Śląskim i właśnie na granicy Bielska i Jaworza. Jeśli to prawda, to fakt, że na wysokich i bezludnych górskich szczytach palono ognie, jest bardzo intrygujący. Kto i kiedy to robił? W jakim celu? Te pytania jak dotąd pozostają bez odpowiedzi.

 Kamienny krąg

palenica6_450.jpeg
(fot. Czwarty Wymiar / Jakub Wesołowski)

 Obiekt określany w literaturze przedmiotu jako kamienny krąg znajduje się na samym szczycie, w pewnym oddaleniu od biegnącego nieopodal niebieskiego szlaku z Wapienicy na Błatnią. Z tego powodu większość turystów, przechodząc obok, nie wie nawet, co skrywa leśny gąszcz.

 Kamienny krąg obejmuje szczytową partię góry. Według niektórych bielskich archeologów zbliżony jest do ogólnie znanego schematu wczesnośredniowiecznego założenia grodowego. Ma kształt w miarę regularnego, nieco owalnego, otwartego od strony północno-wschodniej pierścienia o powierzchni około pół hektara z centralnie położonym pagórkiem. Tworzy go wał o nierozpoznanej konstrukcji wewnętrznej usypany z różnej wielkości kamieni. Przeciętna wysokość zachowanego nasypu waha się od półtora do dwóch metrów. Za jego obronnym charakterem przemawia według archeologów pozostałość po fosie, której szerokość wynosi obecnie od jednego do trzech metrów, oraz przedwale odcinające część centralną od jedynego dogodnego dojścia od strony Błatniej. Od południa zbocze jest bardzo strome i brak tu jakichkolwiek dodatkowych umocnień. Na stoku, niczym podkowy, znajdują się trzy podgrodzia w formie schodkowych tarasów. Różnice w wysokościach półek wynoszą około dziesięciu metrów. Wewnątrz grodu znajduje się niewielki pagórek, na którym prawdopodobnie stała niegdyś wieża obserwacyjna. Obecnie jest tu otoczone kamieniami palenisko. Z analizy archeologicznej wynika również, że gród, który leży w strategicznej części masywu górskiego, mógł służyć okolicznej ludności za schronienie w razie zagrożenia. Dane archeologiczno-historyczne są niezwykle skromne. Niemniej jednak ciekawi wniosek, jakim konkluduje badanie Palenicy Bogusław Chorąży: „Brak występowania materiału zabytkowego oraz warstwy kulturowej wydaje się wykluczać możliwość długotrwałego zamieszkiwania tego obiektu. Wskazuje to na funkcje strażnicy lub obiektu kultowego. Dotychczasowi badacze wiążą go na ogół z okresem wczesnego średniowiecza, głównie na podstawie podobieństwa założenia do innych obiektów z tego okresu”. Jak wynika z powyższego omówienia, problematyka stanowiska na Palenicy przedstawia się nader interesująco. Stan rozpoznania nie pozwala na wyjaśnienie tak podstawowych kwestii, jak jego funkcja i chronologia. Niezbędne jest więc przeprowadzenie dalszych szeroko zakrojonych badań. Niezależnie jednak od tego, konieczne jest uporządkowanie terenu, np. usunięcie wysokiego pokrycia roślinnego w celu wyeksponowania całości założenia, w szczególności urządzeń obronnych, takich jak fosa, wał, a także kilku wybranych kopców kamiennych wraz z instalacją odpowiednich tablic informacyjnych.

W sąsiedztwie znajduje się ponad 100 owalnych kopców z luźno usypanych kamieni, zlokalizowanych na grzbiecie łączącym szczyt Palenicy z górą Kopany. Badania przeprowadzone na początku lat dziewięćdziesiątych w obrębie dwóch z nich ujawniły, iż oprócz nasypu zewnętrznego, posiadają też część podziemną w postaci nieckowatej jamy wypełnionej kamieniami. Jakież było zdziwienie bielskich archeologów, gdy oprócz sczerniałych kamieni tworzących kopiec znaleźli również ślady spalonych drewnianych bali! Spowodowało to zwrot w dotychczasowych hipotezach o obronnych funkcjach tego obiektu. Bardziej wiarygodne zaczęły wydawać się kultowy charakter Palenicy i rola kopców jako miejsc składania ofiar. Wskazuje na to sama nazwa Palenica – miejsce palenia ognia. Rodzi się pytanie, czy aby nie świętego. Czy składano tu ofiary? Jeśli weźmiemy pod uwagę brak jakichkolwiek śladów osadnictwa oraz ilość tajemniczych kopców, to czy miejsce to nie urasta do rangi słowiańskiego sanktuarium?

 W Mitologii Słowian Aleksander Gieysztor dołącza Palenicę do przedchrześcijańskich obiektów sakralnych. Według niego gród na górze był miejscem kultu, do którego z okazji świąt przybywała okoliczna ludność w celu złożenia ofiar lub odprawienia tryzny. Usypywano wtedy kamienne kopce, do wnętrza wstawiano drewniany pal, wokół którego palono pozostawiane bogom ofiary...

 Sanktuarium czy strażnica

 Uzbrojony w wiedzę, gotowy jestem na spotkanie z medium. Mam mieszane uczucia, gdyż raporty archeologiczne pełne są sprzeczności. Jedni uważają, że nawet jeśli na Palenicy nie było grodu, to była strażnica. Inni zaś twierdzą, że jej położenie bardziej przypomina miejsce kultu. Bardzo jestem ciekaw opinii pani Tamary. Z naszych wcześniejszych rozmów wynika, że oboje z mężem wykluczają możliwość istnienia na Palenicy grodu. Według nich była to lokalna świątynia poświęcona kultowi ognia, w której żyli jego kapłani. Więcej się jednak nie dowiedziałem, gdyż nie chcieli niczego sugerować, dopóki sam nie zapoznam się z tematem i medium nie przeprowadzi dokładnych badań.

Pasmo Beskidu Śląskiego widać z dużej odległości. Jadąc autem, dostrzec je można już pomiędzy Tychami a Kobiórem. Dwa potężne, rozstępujące się masywy. To Beskid Mały i Śląski, a rozdarcie między nimi to tzw. Brama Wilkowicka łącząca Podgórze Śląskie z Kotliną Żywiecką. U jej podnóża, jak w delcie rzeki, leży Bielsko-Biała. Patrząc uważniej, w prawym masywie dostrzec można dwa leżące jeden za drugim szczyty. To Szyndzielnia z wyraźnym, biegnącym w dół, szerokim pasem narciarskiej trasy i nieco wyższy Klimczok, z którego pasmo górskie jakby wyginało się na południe, zataczało pętlę, tworząc Dolinę Wapienicy i zawracało w pobliże Szyndzielni, kończąc się wybiegającą nam na spotkanie, doskonale widoczną z trzech stron, niewielką górką. Jej kształt i wyeksponowanie jest bardzo charakterystyczne. To właśnie Palenica. Jeśli palono na niej święte ognie, to musiały być widoczne ze wszystkich stron. Nic jej nie przesłania, a ze szczytu aż po horyzont rozciąga się szeroka panorama Śląska. Przyglądając się temu wszystkiemu, nie dziwię się, że najprawdopodobniej powstało tu miejsce kultu. Góra jest wręcz stworzona do takich celów. Tylko jak wysoki musiał być słup ognia, by było go widać aż z trzydziestu kilometrów?

 – Widzi pan te trzy tarasy pod nami? – Tamara Jermakowa wyciąga rękę i pokazuje mi coś w dole, w przerwie między porastającymi zbocze krzewami. – To na nich palono ognie. Proszę sobie wyobrazić – cztery wielkie ogniska palone jedno nad drugim. Jedno na szczycie, gdzie teraz siedzimy i, jak pan widzi, ludzie nadal je tu palą, drugie niżej. Następnie jeszcze dwa. Z daleka musiało wyglądać tak, jakby płonęła cała góra, bo ogniska łączyły się w jeden potężny słup ognia.

 Jesteśmy już na szczycie tajemniczej Palenicy. Nie tak ją sobie wyobrażałem. Informacje, które znalazłem, mówiły o grodzisku z wałami, fosą, a tu wszystko gęsto zarośnięte wszędobylskim zielskiem, krzakami i drzewami. Z powodu wysokiego do kolan dywanu ze splątanych jeżyn, trudno tu dotrzeć. Uważnie wypatruję zarysów wałów. Jak dotąd nic nie widać. Jak archeolodzy mogli w tej dżungli cokolwiek dostrzec? Przedzieramy się jednak dalej i wreszcie ukazuje się coś, co wygląda jak zwykłe małe wzniesienie. Są! Rzeczywiście są. Czytelnie wyróżniają się na tle naturalnego podłoża. Chociaż zniszczone, widać ich wysokość. Jest nawet fosa, a nawet dwie – jedna zewnętrzna, a druga dookoła pagórka z paleniskiem. Podniecony ogarniam wzrokiem całą budowlę. Dokładnie tak, jak w opisach. Oglądam fosę i nagle... – Skąd tu fosa? – pytanie samo ciśnie mi się na usta. Przecież tu nie ma wody i nic nie wskazuje, że kiedykolwiek była. Dziwne... Stoję lekko zaskoczony swoim spostrzeżeniem i obserwuję, jak pani Tamara zaczyna badać teren. Przymyka oczy i wygląda, jakby przypatrywała się czemuś, co widzi tylko ona. Obchodzi wolno pagórek, na którym stoję. Zatrzymuje się, wyciąga przed siebie ręce, coś nimi kreśli w powietrzu. Wraca i wspina się na wał. Jej twarz wyraża wzmożony, umysłowy wysiłek. Wiem już, że to moment próby odnalezienia właściwej częstotliwości, by przenieść się na tej fali w pradawne czasy. Pani Tamara sprawia wrażenie bardzo skoncentrowanej, jakby za wszelką cenę chciała podtrzymać tę niewidzialną, wątłą nić łączącą ją z daleką przeszłością. W napięciu pociera policzki i przesłania zamknięte powieki, jakby upewniała się, że to, co zaczyna widzieć, nie ucieknie. Parę razy okrąża pagórek.

To nieduża przestrzeń. Zastanawiam się, dlaczego archeolodzy uznali to miejsce za gród? Przecież mogło się tu pomieścić najwyżej dziesięć osób. Na schronisko dla uciekającej ludności też jest za małe, a obronne wały z tzw. fosą nie są imponujące. Byłyby łatwe do zdobycia. Już bardziej wygląda to na strażnicę.

 – Myślę, że to taka mała lokalna świątynia – z zadumy wyrywa mnie głos męża Tamary Jermakowej, który przysiadł koło mnie, by obserwować żonę. – Świątynia ta bardzo podobna do innych, bardziej znanych obiektów tego typu w Polsce. Na Ślęży na przykład dawne miejsce kultu opasują kamienne wały. Podobnie wygląda góra Chełmno między Sieradzem i Krakowem. Jej szczyt także otacza pierścień takiego wału i tam również archeolodzy nie natrafili wewnątrz na tzw. warstwę kulturową, chociaż u jej podnóża znaleziono ślady niewielkiej osady z wczesnego średniowiecza. Kolejnym przykładem jest Góra Grodowa w Tumlinie, nieopodal Kielc, z wałem wokół wierzchołka datowanym na IX-X wiek. Także tam nie natrafiono na ślady osadnictwa. Zapewne słyszał pan też o największej świątyni naszych przodków położonej niegdyś na Łyścu, który nazwano później Świętym Krzyżem. Tam były trzy kamienne wały, a najdłuższy miał łącznie około 1,3 km długości...

 Ku czci świętego ognia

 Przerywa, gdyż medium przywołuje nas do siebie. Podchodzimy bliżej, sadowimy się obok, a Tamara Jermakowa, wciąż w transie, oglądając swoim wewnętrznym okiem ten dawno wymarły świat, zaczyna mówić. – To nie był ani gród, ani strażnica. To nie była nawet świątynia ani miejsce kultu. Nie zbierali się tu ludzie, by się modlić i nie było kapłanów. To miejsce było poświęcone żywiołowi ognia. Ogień palony na trzech tarasach dawał złudzenie, że góra płonie. Rozpalano wiele ognisk, półokręgiem na każdym tarasie. Od skraju do skraju. To dawało efekt palącej się góry... Palili te ognie dość rzadko. Dwa, może trzy razy w roku. Na pewno wiosną, podczas święta ognia, gdy wszystko rozkwitało, i potem na koniec żniw, kiedy kończyli zbierać urodzaj, coś jak dożynki... Widzę, jak ludzie hulają, bawią się, świętują. Ale nie tu, tylko na dole, we wsiach. Tu był tylko człowiek odpowiedzialny za ogień. Jego pomocnicy mieszkali gdzieś niedaleko. Opiekowali się tym miejscem i pilnowali ognia. – Czy to znaczy, że w tym miejscu palił się tak zwany wieczny ogień i oni go doglądali? Czy byli to specjalnie poświęceni ludzie? – niecierpliwie i szybko zadaję pytania, by zaspokoić rosnącą ciekawość.

 – Nie. Nie palili wiecznego ognia. To byli pracownicy. Jakby ojciec z synami. On nimi kierował. To była ich praca. Byli do tego wyznaczeni. Zbudowali kamienne wały i ściany. Wykopali dwa rowy wokoło. Cała budowla była zrobiona z ziemi i kamieni po to, by zabezpieczyć las przed płomieniami. Wtedy ludzie bardzo szanowali przyrodę. Wierzyli w ducha lasu i nie mogli dopuścić, by się zapalił. Pracownicy karczowali i wyrywali każde rosnące tu drzewko lub krzew i pielili trawę. Nic nie mogło tu rosnąć. To miejsce było bardzo czyste, tylko kamienie i ziemia. Żadnych roślin... Taka była ich praca i obowiązki...

 – Czyli to tylko miejsce palenia ognia? – nie kryję rozczarowania. – Szkoda. Tyle różnych hipotez, tyle tajemnic, a okazuje się, że to najzwyklejsze palenisko. Te kamienne wały znakomicie zabezpieczały teren przed ogniem. Naprawdę godny podziwu jest wysiłek, jaki włożono w ich budowę. Ale dlaczego akurat tu? Wiem, że tę górę widać z daleka, ale przecież są inne równie widoczne?

– Właśnie dlatego, że widać ją z daleka, ze wszystkich stron. Jest, to znaczy kiedyś była, dobrze oświetlona, a poza tym znajduje się blisko wsi i chociaż stroma, łatwo było się na nią dostać i bezpiecznie z niej zejść.

 – Czy może pani określić czas, moment w historii, kiedy były palone te ognie? – Od dawna. Można powiedzieć, że od zawsze. Zaraz... To nakładka różnych czasów... Zaraz zobaczę, ale to trudne, bo skupiłam się na tym, co tu było, na czasie największej świetności tego miejsca... – medium koncentruje się bardziej, marszcząc czoło, jakby chciała przedrzeć się przez gęstą zasłonę czasu.

 – Już mam... Ten szczyt był pozbawiony drzew, a sam las liściasty był stosunkowo rzadki. Było o wiele mniej drzew. Wyglądał inaczej niż teraz. Nie było takich świerków... Drzewa różnej wysokości. Rosły jakby grupkami. Raz gęściej, raz rzadziej. Ta góra była dobrze widoczna i zawsze oświetlona słońcem. Jaśniała już z daleka. Wtedy ludzie wierzyli w boga Słońca, Wiatru i Wody. Czcili żywioły. Od zawsze przychodzili na tę górę, by być bliżej boga i dziękować mu za wszystko, co dla nich uczynił. Bóg widzi wszystko. Niech patrzy kto został, a kto już odszedł. Ogień symbolizował wiosenne przebudzenie przyrody. I tak było przez wieki. Wiara ewoluowała i nastał kult ognia, jakby był on materialnym przejawem boga Słońce. Dziękowali więc słońcu za ogień i palili ognie. Im więcej, tym lepiej... Ale to było bardzo dawno temu, zanim urządzono to miejsce. Wcześniej było tu małe palenisko ogrodzone wałem. Potem to rozbudowano... Nic więcej nie mogę powiedzieć...

 Tamara Jermakowa wolno otwiera oczy i jakby ze zdziwieniem rozgląda się dookoła. Właśnie wróciła z tamtych czasów. Jest wyraźnie zmęczona, ale jak zwykle pełna entuzjazmu i radości.

 – Muszę przyznać, że zaskoczyło mnie to, co zobaczyłam. Byliśmy tu z mężem nie raz, ale nigdy nie wchodziłam w trans i nie „patrzyłam”. Mój mąż był pewien, że tu była malutka świątynia z wiecznie palącym się ogniem, strażnikiem z siwą brodą, w długiej szacie przepasanej rzemieniem i łapciach z łyka (śmieje się). Coś w rodzaju strażnicy świętych dębowych gajów. Wiedziałam, że te trzy tarasy były przeznaczone na miejsce palenia ognia, ale że czyniono to na tak wielką skalę, tego nie przypuszczałam. Proszę sobie wyobrazić, że na każdym stopniu palili nie jedno, ale wiele ognisk w półkolu. A pan nie czuje się zawiedziony odarciem tego miejsca z jego tajemnicy?

 – Chyba nie. Odkryła pani jego prawdziwe przeznaczenie i teraz można rozpocząć badania archeologiczne pod innym kątem i inaczej spojrzeć na te pozostałości. Archeolodzy powinni zweryfikować swoje hipotezy. To miejsce to prawdziwy skarb świadczący o naszej bogatej kulturze. Szkoda, że tak niewiele wiemy o przedchrześcijańskich czasach i szkoły nie uczą tego dzieci na lekcjach historii. To nasze narodowe dziedzictwo, od którego nie wolno uciekać i o którym nie wolno zapominać. Palenica to prehistoryczny skansen. Być może ostatni, który zachował się w tak w dobrym stanie. Przecież nawet z daleka patrząc na Palenicę, wyraźnie widać pod szczytem wycięte zbocze... Powie mi pani coś więcej o wyglądzie ówczesnych ludzi i ich obyczajach? Czy byli to Słowianie?

 Ludzie ognia

 – Ludzie ognia, którzy tu mieszkali, byli bardzo podobni do siebie, lekko rudawi. Niewysocy, szczupli, pochyleni. Może od ciężkiej pracy? Nosili włosy do ramion i fryzury ich były identyczne. Od czasu do czasu strzygli je, skracali także brody. Teraz takich nie ma, współcześni są bardziej zróżnicowani i ładniejsi. Tamci mieli nosy okrągłe jak piłeczki, wydatne wargi, jasne szaroniebieskie oczy i pucołowate policzki (śmiech z wydęciem policzków). Nosili szarawe lub płowe bluzy i spodnie do kostek. Jakby z lnu... Wie pan co? Oni tu żyli. Pielęgnowali to miejsce, dbali o nie. Byli bardzo oddani temu, co robią i dumni z tego. Te kamienne kopce tam niedaleko są zrobione przez nich. Nie badałam ich dokładnie, ale w wizji widziałam, jak zbierają kamienie i rzucają jeden na drugi. Kiedy karczowali drzewa i czyścili teren, wyciągali je spomiędzy korzeni i odkładali na bok, by później były pod ręką do naprawy wałów. Nawet gdy w wioskach było święto, nie schodzili na dół...

– Z pani wizji wynika, że góra była tylko miejscem palenia ognia i ludzie się na niej nie zbierali. A czy w późniejszych czasach nie odprawiano tu rytuałów? Już po wprowadzeniu chrześcijaństwa?

 – Hmm... Przemieszczając się podczas tych wizji w czasie, rzeczywiście widziałam zmiany w obyczajach. Znikli gdzieś opiekunowie tego miejsca. Już nie było tak wyskubane co do ździebełka, ale jednak nadal palili ognie. Ustawiali drewno w stosy i podpalali taką dużą pałką. W tym czasie Palenicę nazywano Górą Diabła. Podczas zabawy we wsi, mówili Ogień się pali – diabeł tańczy lub Ogień się pali, diabeł się pali. Jakoś tak... Tak jakby bali się diabła i ogień miał go pokonać i spalić, a ich uwolnić od złych mocy... Tyle widziałam. Migały mi też obrazy małych grupek kobiet i dziewcząt, które tu tańczyły dookoła ognia, ale to już tylko sporadyczne przypadki. Tak jakby naśladowały lub kontynuowały dawną tradycję... Być może kiedyś jeszcze raz do tego wrócę i uzyskam więcej informacji. Dziś koncentrowałam się głównie na tych budowlach. Aha, wie pan co? Kiedy ludzie mówili o tym, że diabeł tańczy, to były już te czasy, kiedy kobiety nosiły takie czapki jak rogale, coś jak Holendrzy... Ale dlaczego takie czapki?... We wsiach odbywały się wówczas uczty. Siedzieli za stołami i takimi ni to kuflami, ni dzbankami z przykrywką pili piwo i wino. Dużo rozmawiali. Te imprezy nie były już tak huczne i wesołe, jak dawniej. Wódki nie widziałam. Spódnice takie bufiaste... Nic więcej już panu nie powiem o tych ludziach. Może kiedyś...

 W poszukiwaniu mocy i tradycji...

 Podnosimy się i tą samą drogą, którą tu weszliśmy, kierujemy się niebieskim szlakiem ku Wapienicy. Odwracam głowę i spoglądam ostatni raz na to odwieczne palenisko. Robi mi się bardzo smutno. Przez tyle wieków służyło ludziom i bogom. Szkoda, że teraz niszczeje w zapomnieniu. Przyjemnie się tam siedzi, tak spokojnie i bezpiecznie. Regenerują się siły i szybko mija zmęczenie po pokonaniu stromego podejścia. A jeśli by jeszcze palił się ogień... Hmm...

 – Ma pan całkowitą rację – głos medium wyrywa mnie znienacka z rozmarzenia. To nie pierwszy raz, kiedy pani Tamara telepatycznie odbiera moje myśli. – To miejsce jest prawdziwym czakramem. Takim naturalnym, stworzonym przez magnetyczne promieniowanie słońca, ludzkie modlitwy i oczyszczającą siłę ognia. Jest świetne do medytacji i rozważań. Doskonale do rozmów z duchami przyrody... To energetyczny, do tej pory działający kanał z ziemi do nieba. Egregor jest nadal bardzo silny. Można tu modlić się i prosić Boga o zdrowie, a prośby zostaną wysłuchane. To także dobre miejsce do obcowania z duchami przodków (w tym momencie medium odwraca się do mnie i mruga porozumiewawczo, aż ciarki przebiegają po plecach). Zresztą jak pan widzi, tradycja w narodzie nie zaginęła. Cały czas przychodzą tu ludzie i chociaż dzisiaj nad terenem paleniska szumią sosny, to nadal połyskuje tam na górze ognisko, gdzie nieliczne grono pielęgnuje zapomniane tradycje ojców...

 Schodzimy szybko, jakbyśmy nabrali świeżych sił. Oczyma wyobraźni widzę te czasy, kiedy cała Palenica płonęła świętym ogniem, a widok i moc jego płomieni jak najgorętszy żar wypalał ówczesnym ludziom tego diabła, który i po dziś dzień drzemie w każdym z nas. Ogień się pali i diabeł się pali – chcę krzyczeć z całych sił, ale przyspieszam tylko kroku...

 W jakiś czas po powrocie, podczas opracowywania tej relacji natrafiłem na informacje o kolonistach holenderskich, którzy od przełomu XV i XVI w. mieszkają w Wilamowicach, w pobliżu Bielska-Białej. Co ciekawsze, z ich miasteczka doskonale widać zbocze Palenicy...

 Tekst i zdjęcia: Jakub Wesołowski

Wydanie internetowe: www.4wymiar.pl