Ślęża – oczyma medium

Czwarty Wymiar | Poniedziałek, 26 października 2009

Jest jedyną taką górą w Polsce. Samotna, otoczona równinami, dla ludów żyjących u jej podnóża była pępkiem ich własnego świata – umbilicus Silesiae. Majestatycznie wynosząca się nad śląskimi płaszczyznami, symbolizowała kosmiczną oś łączącą ziemię z niebiosami. Miejsce, gdzie żyli bogowie...


Ślęża jest najbardziej tajemniczym i znanym w kraju miejscem mocy. Corocznie odwiedzana przez tysiące turystów, wśród których liczną grupę stanowią badacze z różnych dziedzin, wciąż wysnuwający nowe hipotezy związane z jej przeszłością.

W świecie naukowym nie ma całkowitej zgodności co do tego, jakie ludy zamieszkiwały jej okolice i jakimi językami się posługiwały. Nie wiadomo także, artefaktami jakiego kultu są odnalezione w pobliżu góry (zniszczone w znacznej mierze) kamienne rzeźby. Albowiem w to, że Ślęża była ośrodkiem kultowym, nikt nie wątpi. Świadczą o tym resztki gigantycznych wałów kamiennych okalających szczyt. Archeolodzy szacują, że początki kultu solarnego mogły przypadać na IV wiek p.n.e. Według nich zainicjowany był przez plemię celtyckich Bojów, ale najstarsze odkryte ślady wskazują nawet na odległą epokę kamienną. Jak się powszechnie sądzi, Ślężę od najdawniejszych czasów czciły jako świętą górę wszystkie ludy, zamieszkujące niegdyś ziemie obecnego Dolnego Śląska.

 Co jest takiego w tej górze, że bez względu na to, skąd przybywały i w co ludy te wierzyły, traktowały ją jako coś nadzwyczajnego – boskiego? Tylko w epoce żelaza na naszych ziemiach panowały dwie kultury nieznane pod względem pochodzenia ludności: halsztacka i łużycka. Następnie przybyli Scytowie i Celtowie. To prawdopodobnie oni rozbudowali sanktuarium na szczycie. Po nich po kolei przyszli Sarmaci, Germanie, Wenedowie i na końcu Słowianie. A to tylko te największe i najważniejsze grupy. Ile mniejszych narodów przewinęło się przez nasze ziemie? Czy przychodzili, osiedlali się i następnie podlegali wyparciu przez inne ludy, czy wszyscy, którzy przybywali, asymilowali się z miejscowymi? Tego się tak naprawdę nie dowiemy, gdyż cała wiedza to tylko przypuszczenia, oparte na archeologicznych wykopaliskach oraz analizach tekstów starożytnych kronikarzy greckich i rzymskich. Najlepiej poznany jest okres wczesnośredniowieczny. Do naszych czasów zachowały się relacje niemieckiego biskupa Thietmara, żyjącego w X wieku. Był świadkiem chrystianizacji Polski za czasów Mieszka I i zaciętym wrogiem pogaństwa. W swojej kronice szczegółowo opisywał słowiańską wiarę, żaląc się, że góra Ślęża ze swoją świętością pogańską u wszystkich mieszkańców była we czci wielkiej...

Cześć ta trwała przez tysiąclecia aż do XI wieku... Zadziwiające, prawda? Jaką wiedzę posiadały, nierzadko zupełnie obce kulturowo narody, że bez względu na historyczne zawieruchy góra zachowała swój kultowy charakter? Wtedy nie narzucano siłą swojej religii innym. Cóż więc przyciągało ich uwagę i determinowało życie? Czy tylko wiara, czy też coś więcej? Czy rzeczywiście Ślęża jest mistycznym miejscem, legendarną bramą, dzięki której przenikają się dwa światy?

Istnieje wiele teorii próbujących wyjaśnić niezwykłość góry. Większość z nich znana jest już Czytelnikom naszego miesięcznika. Pisaliśmy o tym nie raz, informując na bieżąco o nowych odkryciach i hipotezach. Badanie masywu Ślęży to pole do popisu dla wszystkich ezoteryków, którzy wykorzystując nadnaturalne możliwości, próbują usystematyzować holistyczną wiedzę o świętej górze Słowian.

Pierwsze spotkanie

Podczas mojego ostatniego spotkania z medium Tamarą Jermakową-Szymańską nie mogłem się powstrzymać, by nie zadać jej pytania dotyczącego Ślęży. Od dawna moją pasją jest bowiem odnajdywanie i „badanie” – szczególnych, ze względu na swoją historię – miejsc mocy. Najczęściej wiążą się one z pradawnymi kultami i zazwyczaj emanują wyjątkowym promieniowaniem, tworząc lokalne miejsca mocy. Wiele z takich energetycznych centrów jest znanych, inne czekają jeszcze na swoje odkrycie. Informacje o tych miejscach dostaję zazwyczaj od osób obdarzonych unikalną wrażliwością, które potrafią powiedzieć, czy dany teren wpływa pozytywnie na ludzi i zwierzęta, czy też omijają go wszystkie stworzenia.

Dlatego nieukrywaną satysfakcję sprawiła mi znajomość z medium Tamarą, która nie tylko rozmawia z duchami jak z żywymi, ale z łatwością potrafi także scharakteryzować dane miejsce lub przedmiot. Nasze wspólne wyprawy na uroczysko religijne (obecnie nazwane leśnym kościołem) w podbeskidzkim Jaworzu i górę ogni – Palenicę – całkowicie utwierdziły mnie w przekonaniu, że stanowi ona fenomen, a jej umiejętności w znacznej mierze mogą pomóc w odkryciu i wyjaśnieniu licznych zagadek. Interesowało mnie, czy kiedykolwiek tam była, robiła jakieś badania i czy podzieliłaby się swoimi odczuciami. Może mogłaby dodać coś od siebie, co pomogłoby w odkryciu tajemnic góry? W odpowiedzi wręczyła mi kartkę papieru, na której widniał spisany przez jej męża przekaz. Dotyczył właśnie Ślęży. Powstał w maju 2006 roku i, co równie ważne i ciekawe, na prośbę inż. Andrzeja Kapłanka (pisarza, podróżnika)! Tego samego, który w tamtym czasie mocno zaangażowany był w prace związane z realizowaniem międzynarodowego Projektu Cheops. To wówczas rozpoczęto badania georadarowe na płaskowyżu w Gizie w Egipcie i wtedy nagle zakończyły się, prowadzone w ramach tego samego projektu, wykopaliska na Ślęży.

To od niego dowiedziałam się, że taka góra znajduje się w Polsce – powiedziała wtedy. – Proszę nie zapominać, że jestem cudzoziemką – dodała, widząc widocznie moje niedowierzanie. – Do tej pory, zajęta pracą, nawet nie zastanawiałam się nad tym, czy podobne miejsca w ogóle istnieją. Wszystkie wolne chwile zazwyczaj poświęcałam opracowywaniu mapy płaskowyżu w Gizie, podziemnych labiryntów i wytyczaniu energetycznych centrów Ziemi...

– ???

Tak, zajęło mi to kilkanaście lat. Zaczęłam na początku lat dziewięćdziesiątych. Teraz mam już wszystko gotowe. Czekam tylko na odpowiednie instytucje lub osoby, z którymi mogłabym, już w terenie, kontynuować badania. Właśnie ze względu na moją pracę odwiedził mnie Andrzej Kapłanek. Był u mnie parokrotnie. Otrzymał pewne informacje i podczas którejś z wizyt zapytał o tę górę. Weszłam w trans, którego rezultat trzyma pan w ręku.

Jak w większości przekazów tego typu, z którymi miałem okazję się zetknąć, poprawne odczytanie tekstu nastręczało pewne trudności. Treść w języku rosyjskim jest zawsze nieco enigmatyczna. By ją odczytać, trzeba analizować każde słowo i zdanie. Oto najciekawsze fragmenty:

 (...) To był czas Słońca. Czas wspólnoty, kiedy słońce i jego światło było bogiem. Życie wówczas zależało od słonecznego rytmu. Wszystko mierzono za pomocą kroków, palców i łokci. Nie było wagi. Ludzie żyli w swoim plemieniu wokół góry. Całe ich życie było z nią związane. Do niej przychodzili i na niej się modlili. Wiedzieli, gdzie szukać bożego błogosławieństwa (...). Przywódca (być może chodzi o kapłana) plemienia był wiernym sługą Słońca i wraz z nim i swoim narodem czuł się częścią całego świata. Jego siła była zawarta w słowach, dlatego ziemia, gdzie żyli, oznaczona była kamieniami, na których wyryto napisy: symbole, hieroglify, znaki... Wyryte słowa mówiły o tym, że można je znaleźć na skałach góry, tam gdzie wschód. Na wschodzie bowiem ludzie spotykali słońce i odprowadzali je na zachód (...).

 (...) Pierwsze, co można spotkać w tym miejscu, to jasno świecąca wschodząca gwiazda. Po zachodzie słońca można zobaczyć zorzę jak świecącą drugą stronę medalu. To dlatego, żeby człowiek wiedział, że nim rządzi bóg Słońce i jego światło. Świecące znamiona (chodzi prawdopodobnie o jakieś rekwizyty zawieszone na szczycie, które odbijały promienie) to symbol wiary w jego wieczne świecenie (...).

 (...) Jak światło zostawia za sobą dzień, przychodzi czas nocy. To jest główna cecha ziemskiego rytmu, wschodu i zachodu. Wschód, zachód, wszystko w życiu ma swoje miejsce. Naród ten miał swoje prawo i tradycję. Przynosili Słońcu dary (...).

 (...) Sama góra spełnia rolę licznika. Liczy, wylicza, rozlicza. To analiza starych czasów... (...) Jest dużo kanałów, budowli, szczelin i jaskiń. Wszystko ze sobą powiązane. Te kanały pracują jak żyły w człowieku, jak naczynia i arterie...”.


 Zapytana, jak zareagował na te informacje Andrzej Kapłanek, moja gospodyni odpowiedziała, że był bardzo zaskoczony i wręcz zszokowany. Nigdy nie uczestniczył w czymś podobnym. Przede wszystkim zobaczył, jak wygląda prawdziwy medialny trans. Po raz pierwszy miał okazję obserwować medium podczas przekazu. Widział, jaką przyjmuje pozę, słyszał jej głos i intonację. Miał możliwość sprawdzenia po seansie, jak bardzo ma wychłodzone ciało i lodowate ręce. Nie mieściło mu się w głowie, że istnieją ludzie, którzy nigdy o Ślęży nie słyszeli, a są w stanie przenieść się mentalnie w przestrzeni i w czasie, i wszystko, co zobaczą, dokładnie opisać. Treść przekazu dość wiernie oddawała to, co już znał. Brał wówczas udział w wykopaliskach na Ślęży, które odbywały się pod patronatem Uniwersytetu Wrocławskiego. Znał więc z pierwszej ręki najnowsze archeologiczne odkrycia i teorie dotyczące kultury zamieszkiwanych wokół góry ludów. Pomimo iż jest inżynierem i jego umysł jest bardzo racjonalny, sam przyznał, że istnieją ludzkie fenomeny, których przydatność i obecność w badaniach naukowych okazuje się nieoceniona i wręcz nieodzowna...

Spotkanie drugie

Zjawisko synchronizmu, zwykle niezauważane, zazwyczaj daje o sobie znać w najmniej oczekiwanym momencie. Tak było i tym razem, gdy zadzwoniłem do Tamary Jermakowej-Szymańskiej z życzeniami z okazji jej urodzin. Dowiedziałem się wówczas, że przebywa we wsi Radzimowice, położonej na Dolnym Śląsku. Pojechała tam na badania starych kopalni i pozostałości po tajnych niemieckich ośrodkach. W związku z tym, że miejscowość ta znajduje się niedaleko od Masywu Ślęży, ma okazję, by się tam udać w drodze powrotnej. Obiecała mi też, że zda szczegółową relację z tej wyprawy.

Z niecierpliwością oczekiwałem spotkania i jej opowieści dotyczących badań Ślęży.

Do Sobótki przyjechaliśmy wczesnym rankiem. Auto zostawiliśmy na parkingu niedaleko schroniska i dalej ruszyliśmy pieszo – z ciekawością słucham medium. – Wybraliśmy czerwony szlak i stromym podejściem kierowaliśmy się na sam szczyt. Oboje byliśmy bardzo zmęczeni dwudniowym rajdem po okolicy wokół Radzimowic i może dlatego przydarzyła nam się wesoła historia, która może stać się anegdotą o tym, jak Jermakowa szukała Ślęży. – W tym momencie zaczynają się razem z mężem śmiać. – Podążając tym skalistym szlakiem, byliśmy pewni, że idziemy we właściwym kierunku. Po jakimś czasie dostrzegliśmy dróżkę i skręciliśmy w nią, gdyż pięła się bardzo łagodnie niczym serpentyna, okalając górę. Dochodziliśmy do szczytu. Pod nim zauważyliśmy coś, co wyglądało jak resztki kamiennych wałów okalających sam wierzchołek. Przywodziło na myśl podobnie otoczoną Palenicę. Wtedy właśnie zaczęła się wizja. Zobaczyłam ludzi: kobiety i mężczyzn, ubranych w długie szaty-suknie przepasane sznurkiem. Coś jak jasne szaty druidów. Bez względu na płeć mieli długie, jasne włosy. Przeważały jednak kobiety i dzieci. Szli, podobnie jak my, na szczyt. Mieszkali niżej, zaś tu wchodzili, by tańczyć i odprawiać rytuały. Wierzyli wtedy w słońce, czcili przyrodę, drzewa, ogień, wiatr i poranek. Wizja jeszcze trwała, gdy weszliśmy na długi, wąski szczyt, na którym stoi monumentalna wieża.

Zapytałam wtedy męża, czy to na pewno Ślęża, a on przytaknął głową. Przyznam, byłam rozczarowana. Mąż także. Bacznie rozglądał się dookoła. Tyle o niej słyszeliśmy, a to miejsce okazało się takie maleńkie, jakby zapomniane. A gdzie schronisko, gdzie kościół? Na moje pytanie mąż odpowiedział, że zapewne nieco niżej, tam gdzie więcej miejsca. Coś nam jednak nie pasowało, ale kiedy podeszłam do wieży, usłyszałam modlitwy. Gdy się skoncentrowałam, powróciły obrazy. Tam, gdzie stoi ta baszta, dawniej znajdował się kamień. Wyglądem przypominał menhir. Miał wysokość około dwóch metrów. Uroczystości rozpoczynały się w dzień święta słońca, kiedy słońce stawało w zenicie i swoim światłem oblewało stojący kamień. Wówczas przychodziły kobiety z dziećmi. Razem stawały dookoła niego, brały się za ręce i robiły korowody. Niewiasty śpiewały pieśni, dziękując bogu Słońce za to, że obdarowało je długo wyczekiwanym potomstwem. Zapisałam nawet ogólny sens tej pieśni: „My, dzieci Słońca. Wierzymy w jedynego Ciebie, Twoje ciepło i sprawiedliwość. Przychodzimy w dzień, który wyznaczyłeś, radujemy się i świętujemy wszyscy razem. Widzimy, jak Ty cieszysz się nami, a my Tobą. Dziękujemy Tobie za wszystko. Kochamy Cię i oddani jesteśmy Tobie w całości, gdyż jesteśmy Twoimi dziećmi, a Ty sprawujesz pieczę nad nami i dziećmi naszymi...”.

Tak robiono podczas świąt. W pozostałe dni, nad ranem, przychodziły bezdzietne kobiety. Obejmowały kamień i przytulały się do niego policzkiem. Czy odmawiały wówczas jakieś modlitwy lub zaklęcia, nie wiem, ale potem wyciągały do słońca ręce i prosiły, by bóg obdarzył je potomstwem. Mężczyzn podczas tych obrządków na tej polanie nie widziałam.

Chociaż sama góra nas rozczarowała, byliśmy zadowoleni z uzyskanych informacji. Postanowiliśmy wracać inną drogą i wtedy... Proszę sobie wyobrazić zdziwienie moje i mego męża, gdy przed naszymi oczami wyrosła potężna góra. To była właściwa Ślęża, a my, jak się później okazało, byliśmy na Wieżycy...


– Czyli na Wieżycy odprawiano rytuały płodności? – zadaję pytanie po krótkiej chwili, wypełnionej szczerym śmiechem naszej trójki.

 – Na to wygląda. – Medium zastanawia się przez moment.
Tam przychodziły kobiety z dziećmi zaraz po uroczystościach, po tym, jak zostawiły dary na szczycie. Przy kamieniu dziękowały i prosiły. Może ten menhir oblewany światłem słońca symbolizował płodność? – Milknie, by po chwili kontynuować relację.

Kiedy weszliśmy na właściwą drogę, po jakimś czasie, idąc już czerwonym szlakiem, zauważyliśmy, że wiedzie starą, wyłożoną olbrzymimi kamieniami drogą. Wije się wzdłuż potężnych bazaltowych głazów. Wyobraża pan sobie, ile wysiłku włożono w jej wykonanie? Trzeba było uprzątnąć wielotonowe kamienie, następnie przynieść i równo poukładać te mniejsze, ale także ciężkie, mające nawet powyżej stu kilogramów! Idąc tą drogą, nabrałam pewności, że jest naprawdę stara. Powstało odczucie, że ten kamienisty szlak był tu od dawna, od samego początku, od czasów kiedy ludzie zaczęli tu przychodzić na spotkanie ze swoimi bogami. Każde następne pokolenia, kolejne narody dbały o nią i naprawiały, gdyż była to droga do boga, słońca i gwiazd. Tuż obok, równolegle do Drogi Ślężan, jak ją nazwano, biegnie także nowsza, szersza droga, ale ta jest już zbudowana z mniejszych kawałków i zachowała się w znacznie gorszym stanie. Myślę, że pochodzi ze średniowiecza.

– A widziała pani te intrygujące rzeźby? – niecierpliwe zadaję pytanie.
Mąż kiedyś mówił mi o nich, ale nie wiedzieliśmy, gdzie dokładnie stoją. Mieliśmy mało czasu, więc jeśli nie natrafilibyśmy na nie, to na pewno byśmy ich nie szukali. Nie tym razem. Dobrze, że stoją przy drodze, którą sobie obraliśmy i po prostu na nie „weszliśmy”. Zbadałam je po swojemu. Muszę przyznać, że naprawdę są ciekawe. Nie mogę określić ich dokładnego wieku, ale powstały w czasach, kiedy u podnóża góry zaczęli osiedlać się ludzie o jasnych włosach i o jasnej karnacji, jak u Finów. Mieszali się z nadal tu mieszkającymi wysokimi ludźmi o rudych, falistych włosach i niebieskich oczach. Tubylcy byli bardzo wysocy. Mieli ponad dwa metry wzrostu i byli bardzo silni... Ci jaśni byli o wiele niżsi. To oni pielęgnowali i robili porządek na drodze i w całej okolicy. Według ich mitologii, górę ochraniał smok. Mieszkali bliżej obecnej miejscowości Będkowice. Tam niegdyś powinien znajdować się jego wizerunek lub samo miejsce nazywane było „smoczym”. Ale sprawdzę to jeszcze... Nowi przybysze przyszli już na gotowe, ale zostawili po sobie pamięć. To między innymi te kamienne misie. Na początku było ich siedem, tyle co gwiazd. Widzę, że jest pan zaskoczony. Tak gwiazd, gdyż cały masyw odwzorowuje pewien układ gwiezdny, ale nie Oriona, jak pan myśli, i nie piramid w Gizie, jak tego chcą niektórzy badacze.

Wszystko wyjaśnię, po kolei, w swoim czasie. A skąd to wiem? Zebrane na górze materiały były tak zaskakujące, że mój mąż po powrocie przekopał cały Internet, by dowiedzieć się, co na jej temat piszą. Stąd wiedza teoretyczna, którą możemy porównać z naszą. Wracając do tematu... Niedźwiedzi było siedem. Symbolizowały ducha-gospodarza lasu, jego siłę, siłę żywej przyrody. Ich surowy wygląd miał sugerować, że ten duch jest wszędzie obecny. Stały, po jednym, przy drogach wiodących na szczyt, i cztery na samej górze przed wejściem, jakby witając, i przy wyjściu. „Obserwowały”, kto wchodził i wychodził. Stały tak, by każdy z odwiedzających był przez nie zauważany.


Uprzedzając pańskie pytanie, ten znak wyryty na miśku i tzw. Pannie to oznaka granic. To nie znak słońca i solarnego kultu, chociaż obie rzeźby były z nim związane. Rzeźba postaci z rybą przedstawiała niegdyś kobietę. Symbolizowała płodność. Przyjmowanie darów i oddawanie. Życie, które powstało z morza i połączenie wszystkich stworzeń na ziemi... – Przy tych słowach pokazuje mi zdjęcie bezgłowej postaci trzymającej rybę. – Gdy minęliśmy resztki monumentalnych wałów, które, jak panu wiadomo, biegły niegdyś dookoła szczytu, zaczęły ponownie pojawiać się przed moimi oczami obrazy z przeszłości. Zobaczyłam zadbane terytorium, przypominające park w angielskim stylu. Jakże inaczej to wówczas wyglądało! To był naprawdę duży obszar. Nie wiem, czy dziś można by w ten sposób uporządkować las. To był najprawdziwszy święty gaj. Szło się tą kamienną drogą aż na sam wierzchołek i wychodziło na wypielęgnowany, mający formę podkowy, szczyt. Dookoła niego stały różne rzeźby. To były dary od ludzi. Robione w duchu, z wiarą dla boga Słońca. Tak jak starożytni Egipcjanie umieszczali przed wejściem lwy lub sfinksy, tak tu stały niedźwiedzie – symbole siły natury. Drzewa były wycięte, teren był bardzo równy. Ludzie chodzili spokojnie po okręgu w przeciwną stron niż wskazówki zegara. Mówili cicho. Nie było słychać krzyków, wrzasków, hałasu. Nawet dzieci były grzeczne, gdyż to teren boski. Na samym wierzchołku, tu, gdzie teraz stoi kościół, było coś jak chram – świątynia otoczona kamieniami. Ludzie przynosili dary Słońcu. W zależności od pory roku były to ozdoby, różne wyroby, plony... Układali je na czymś, co przypominało ogromny złoty talerz, tarczę o średnicy około metra, na której wytłoczona była stylizowana twarz Słońca z otwartymi ustami, nosem, oczami. Po uroczystości wyznaczeni ludzie odnosili to wszystko w podziemia. Tam są korytarze i przejścia. Tam też umiejscowiony był skarbiec. W najniższej części składali złoto... Po uroczystościach i odniesieniu darów, złote słońce wieszane było na specjalnej wieżyczce, by mogło dalej odbijać światło słoneczne – promienie wschodzącego i zachodzącego słońca... – Moja gospodyni przerywa, podnosi się z krzesła i mówi: – To dopiero początek. Taka wprawka przed prawdziwą wyprawą w przeszłość. Teraz zrobimy przerwę, a resztę dopowiem panu po obiedzie. Proszę na górę…

Tekst i zdjęcia: Jakub Wesołowski


Wydanie internetowe: www.4wymiar.pl