Tajemnice Gór Kaczawskich

Czwarty Wymiar | Piątek, 13 sierpnia 2010

Z medium Tamarą Jermakową-Szymańską, odnajdującą miejsca starych kultów i „odczytującą” wydarzenia z przeszłości, rozmawia Jakub Wesołowski.

plazma450.jpeg
Kula plazmy, moment ataku (fot. z archiwum Tamary Jermakowej-Szymańskiej)

Gdy w tamtym roku opowiadała mi Pani o swoich badaniach na Ślęży, wspomniała jakby mimochodem o tym, że kilka dni wcześniej oglądała stare, tajemnicze obiekty w Górach Kaczawskich. Wtedy nie chciała Pani rozwijać tematu, więc postanowiłem sam go zgłębić. To, czego się dowiedziałem, najpierw wywołało moje kompletne zaskoczenie i niedowierzanie, później zaś obudziło wiarę w to, że w końcu mogą zostać odkryte największe tajemnice II wojny światowej.

 – To był najprawdziwszy przypadek. Skorzystaliśmy z mężem z zaproszenia znajomego. Okazało się, że mieszka niedaleko masywu Ślęży. Chociaż plany mieliśmy zupełnie inne, stwierdziliśmy, że samo życie pisze nam rozkład zajęć.

Niedawno zakończyła Pani historyczno-medialne śledztwo weryfikujące prawdziwość legendy o Inkach w Polsce, a teraz podejmuje nowy projekt dotyczący eksploracji starych kopalń na Dolnym Śląsku. Nie jest to związane z tajemnicami starożytnych cywilizacji, które są Pani hobby. To poszukiwania bardziej przyziemne i dotyczące stosunkowo nieodległej przeszłości. Czy szykuje się kolejna sensacja?


 – Zdziwi się Pan, ale nie wiem. Nie chcę zapeszyć, gdyż na razie wszystko jest jeszcze w sferze planów. Nawet nie chcę „patrzeć”, jak to się rozwinie. Wolę zaufać przeznaczeniu. Zawsze powtarzam, że wszystko dzieje się we właściwym czasie, każde zdarzenie zachodzi w odpowiednim momencie, czy tego chcemy, czy nie. I cokolwiek byśmy robili, jak się starali, jeśli ta chwila jeszcze nie nadeszła, niczego nie przyspieszymy. I na odwrót. Nagle, znienacka, coś zaczyna się pojawiać, krystalizować. Nierzadko jest to zupełne zaskoczenie... Kiedy przyszedł moment, gdy zdecydowaliśmy się tam pojechać, nadal tak naprawdę nic konkretnego o tych stronach nie wiedziałam. Ani o geografii, ani o historii. Okoliczne góry i wzniesienia, chociaż porośnięte bogatą szatą roślinną, sprawiają wrażenie surowych, dzikich, jakby księżycowych. W pewnej chwili miałam poczucie, że stoję na zastygłej, pofałdowanej skorupie, a wszystko to, co widzę, jest wewnątrz jeszcze surowe, gorące, dopiero stygnące. W głowie zobaczyłam wybuchy wulkanów, słupy tryskającego ognia, dym, popiół, wylewy magmy, potoki rozżarzonych skał spływających w dół. Istne piekło.

To przecież Kraina Wygasłych Wulkanów. Jedyne takie miejsce w Polsce.

 – No właśnie. Mimowolnie wczułam się w specyficzną energetykę tych okolic. Takich odczuć się nie spodziewałam. Nawet nie wiem, kiedy sama z siebie zaczęłam mówić o kopalniach, szybach, minerałach, o złocie i srebrze, jakie tu niegdyś wydobywano. Przed moimi oczyma zaczęły przesuwać się obrazy od najdawniejszych czasów. Epoka po epoce. Początki, rozwój, upadek. Byłam świadkiem różnych zdarzeń... Kazałam się prowadzić naszemu znajomemu w miejsca, o których nic nie wiedziałam, ale które zobaczyłam w wizjach. Pytałam go o różne sprawy związane z historią wsi, wskazywałam miejsca, gdzie kiedyś coś się znajdowało. Z początku zaskoczony, skąd o tym wiem, zaczął opowiadać, co sam odnalazł i czego się dowiedział.

Zebrałem sporo informacji na temat historii Altenbergu, czyli dzisiejszych Radzimowic. Jest ciekawa, ale raczej z punktu widzenia historii rozwoju górnictwa, geologii, ewentualnie speleologii. Zastanawia mnie jednak, co tak naprawdę zainteresowało medium w tej górze, bo przecież nie legendy o hitlerowskich depozytach?

 – Nie. Oczywiście, że nie. To, co mnie zaintrygowało, to fakt, że ta góra jest żywa. Zrozumiałam to, gdy spontanicznie wpadłam w trans. Sama wybiera, kto będzie na niej mieszkał. Każdy może tu przybyć, zatrzymać się na jakiś czas, ale to wszystko. Zostają tylko wybrańcy. Ja bym ją nazwala nie Starą Górą, ale Górą Duchów. Jest ich tam naprawdę dużo. To miejsce, gdzie krzyżują się światy. Minione wieki i teraźniejszość. Tak, jakby czas nie biegł liniowo z przeszłości w przyszłość, ale po prostu był i w jednym miejscu, w tym samym czasie, równolegle toczyło się życie w różnych okresach. Tak jak w rosyjskich matrioszkach, świat w świecie, epoka w epoce. Tam czas zwalnia. Oczywiście to subiektywnie odczucie, ale bardzo wyraźne. Płynie swoim rytmem, co zauważyli także tamtejsi mieszkańcy. Występują też anomalie magnetyczne. W pewnych miejscach nie można ustalić kierunku, gdyż igła kompasu obraca się we wszystkie strony. Urządzenie to jest zupełnie nieprzydatne i lepiej z nim w tamte góry nie chodzić (medium śmieje się). A kwiaty? Są większe i barwniejsze niż ich bracia i siostry z innych części Polski. Nawet pokrzywa ma fioletowy kolor. Tak niespotykane rośliny widziałam tylko raz, w Kazachstanie, w Karkarolińsku – zresztą bardzo tajemniczym i energetycznym miejscu. Tę niezwykłość zrozumiałam od początku, gdy urzeczona pięknem przyrody jednocześnie odczułam bolesny ciężar w duszy. Aż trudno go opisać. Zbyt dużo cierpienia, silnych emocji i przeżyć jest tam w eterze. Wszystko zapisane jak na magnetycznej taśmie. Zachowane w dobrym stanie, łatwe do odczytu. Zaintrygowana, postanowiłam baczniej się „przyjrzeć” tej okolicy. I właśnie wtedy znowu pojawiły się obrazy. Tym razem obejmujące ostatnią wojnę. I to było zaskoczeniem dla mnie samej, gdyż nie spodziewałam się, że zobaczę coś, co zaintryguje wszystkich...

A jednak.

 To nie tak, jak Pan myśli. Pojawiające się wizje zaczęły być coraz wyraźniejsze i powstawały podczas zwiedzania określonych miejsc. Na pewnym zboczu niedaleko wioski zobaczyłam zawalony gruzem lej, o którym nasz gospodarz Wiktor powiedział, że to dawna sztolnia, jeszcze z okresu średniowiecza. Nie tak sobie wyobrażałam kopalnie, nawet te bardzo prymitywne, ale nagle przeniosłam się w dawne czasy i zobaczyłam więcej takich miejsc, wyrytych na zboczach gór, w których pracowali skuci kajdanami i spętani ludzie. Nie jestem historykiem i nie mogę dokładnie sprecyzować, jak dawno to było, ale to same początki. Ludzie żyli jak krety w tych tunelach. Tam spali, odpoczywali i umierali. To niewolnicy lub jeńcy zmuszeni do morderczej pracy przy wyrąbywaniu sztolni. Kopali i wydobywali rudy. Żyli krótko w wiecznej ciemności, gdyż pochodnie i coś w rodzaju lampeczek niewiele dawały światła. Można powiedzieć, że pracowali o chlebie i wodzie. Nosili długie koszule przewiązane sznurkiem, coś na kształt luźnych spodni, a stopy obwiązane mieli szmatami. Ciągłe cierpienie, ból i udręka zostawiły energetyczny ślad, który łatwo odczytać. Następnie zobaczyłam rozwój miasta, kopalnie i szyby ochraniane przez konną straż, powozy wjeżdżające na górę do miasta, które nie było niezależne, gdyż płaciło zamkowi jakąś daninę. Ale nie wiem, co to za zamek, gdyż nie zgłębiałam tego tematu. Po prostu obserwowałam i tylko czasem coś głośniej powiedziałam do moich towarzyszy.

 Okazuje się, że cała okolica pokryta jest gęstą siecią podziemnych przejść. Przez wieki ludzie wyryli kilometry tuneli. Wygląda to jak gigantyczny labirynt. Do tego dochodzą jeszcze naturalne szczeliny i pustki. Z jednego miejsca można się przedostać w drugie np. z jednego zamku do innego, ale nie wiem, gdzie one dokładnie leżą, to gdzieś niedaleko.

 I teraz o Niemcach. Gdy tak staliśmy na zboczu, podziwiając panoramę, wewnętrznym wzrokiem okiem, jak z przeciwległej strony, z gór zjeżdżają załadowane czymś wojskowe ciężarówki. A w dole dworzec, tory kolejowe i magazyny, do których zanoszono rzeczy z samochodów. W to miejsce przyjeżdżały auta z całej okolicy. Tam częściowo je rozładowywano, wnoszono coś do magazynów, a stamtąd tunelami do podziemia. Niektóre auta jechały dalej i znikały w lasach. Mało tego, zobaczyłam także więźniów w pasiakach pracujących przy załadunku i w kopalniach, drążących nowe korytarze lub szyby. Powiedziałam o tym naszemu gospodarzowi, który aż zaniemówił. Okazało się bowiem, że tam, po drugiej stronie, znajdują się stare, jeszcze przed wojną zamknięte wielopoziomowe kopalnie, gdzie ponoć Niemcy prowadzili jakąś aktywność. A jedyna droga wiedzie aż do Wojcieszowa, gdzie są nieczynne tory kolejowe i dworzec. Ale w tamtym momencie nie przywiązywałam do tego żadnej wagi. Traktowałam to jak ciekawostkę i rozgrzewkę przed badaniami Ślęży, na którą zresztą jeszcze tego samego dnia się udaliśmy. Tak więc wtedy pochodziliśmy tylko trochę po okolicy, zobaczyłam parę rzeczy, które utwierdziły mnie w przekonaniu, że wizje były wiarygodne i na tym koniec. Temat został zamknięty. Nie interesuję się poszukiwaniem ukrytych hitlerowskich skarbów, podziemnych hal fabrycznych czy laboratoriów. To zostawiam historykom i pasjonatom.

Ale jednak wróciła tam Pani i to jeszcze dwa razy.


 To prawda. To, co powiedziałam i pokazałam sołtysowi, wywarło na nim o wiele większe wrażenie, niż dał po sobie poznać. Podzielił się tym ze znajomymi badaczami (jak się okazało, od lat cały teren jest skrzętnie przeszukiwany) i miłośnikami tego regionu na festiwalu kultur, który corocznie organizuje. To wywołało tak duże zainteresowanie, że zostałam zaproszona na III konferencję poświęconą historii regionu, gdzie już w ścisłym gronie (znawców tematu) mogłabym podzielić się swoimi odczuciami. Niestety, wtedy nie dojechałam ze względu na zawieje i śnieżyce. Drugi raz pojawiłam się w Radzimowicach dopiero w kwietniu na IV konferencji. Wtedy usłyszałam po raz pierwszy o planach rozwoju obejmujących także zagospodarowanie dawnych kopalń, dostosowanie ich do potrzeb turystyki. Speleolodzy z Żagania twierdzą, że można by tam także prowadzić specjalistyczne szkolenia...

Plany są imponujące, ale jaka jest w tym wszystkim Pani rola jako medium i parapsychologa?

 Jestem żywą różdżką, wahadełkiem, georadarem, sondą (medium śmieje się). Moje wizje odpowiadające znanym faktom historycznym poruszyły osoby związane z Radzimowicami. Dały nadzieje, że połączone siły (wiedza historyczna i znajomość terenu badaczy oraz moje odczyty) mogą przynieść efekty. Jak już mówiłam, cały teren pokryty jest podziemnymi tunelami, wyrobiskami, jaskiniami, szczelinami. Do tego dochodzą otwarte szyby kopalniane. Wygląda to jak gigantyczne kretowisko. To należy zbadać. Jeśli chce się stworzyć coś dla ludzi, trzeba w pierwszej kolejności zadbać o ich bezpieczeństwo. Dlatego tak ważne jest poznanie całego terenu. Tu w okolicach są także szczególne miejsca mocy. Krótkotrwałe w nich przebywanie przynosi efekty zdrowotne, ale dłuższe niestety nie. Warto wiedzieć, które z tych miejsc zagospodarować, a które pozostawić i omijać szerokim łukiem, gdyż nie zawsze piękna polana ze wspaniałym widokiem oddziałuje pozytywnie. Tu jest pełno rud i minerałów, które emitują negatywne promieniowanie geopatyczne. Do tego dochodzi wielowiekowe nagromadzenie negatywnych emocji żyjących i pracujących tu ludzi. Struktura krystaliczna występujących tu skał i minerałów działa jak twardy dysk. Wszystko zapisuje. Niestety zapisuje i dobre, i złe. Weźmy taki przykład. Wiktor na jednym z pobliskich szczytów w pobliżu historycznego wyrobiska chciał zrobić wypoczynkową altankę z ławeczkami, by ludzie mogli siąść i odpocząć, ciesząc oczy pięknym krajobrazem. Odradziłam mu to od razu, gdy tylko poczułam energię tego miejsca. To tam żyli ludzie krety, o których mówiłam już wcześniej. Tak wiele jest tam cierpienia, żalu, bólu, że to miejsce zupełnie nie nadaje się na odpoczynek i medytacje. Tam raczej należy przyjść i zostawić swój ból. Zasugerowałam, by postawił tam kapliczkę z Matką Boską Bolesną, przy której turyści pozostawialiby swoje troski i zmartwienia. Tu trzeba być bardzo ostrożnym…

To zrozumiałe, wszędzie są lokalne miejsca mocy, tylko mniej lub bardziej pozytywnie oddziałujące. A kopalnie, szyby i tajemnice?…


 Moje wizje wywołały zainteresowanie, gdyż od dziesięcioleci trwają poszukiwania zrabowanych przez Niemców skarbów kultury, depozytów bankowych, tajnych akt i dokumentacji technicznej. Uważa się, że większość została ukryta właśnie tu, w Górach Kaczawskich i Sowich. Dlatego moje wizje tak zaciekawiły wszystkich pracujących nad zagospodarowaniem Radzimowic. Pasowały do legend i zeznań świadków. Eksploratorzy kopalń twierdzą, że korytarze i szyby widniejące na starych planach obecnie nie są dostępne. Trudno stwierdzić, czy to efekt naturalnego tąpnięcia, czy też umyślnie wszystko zasypano. Kilka poziomów dosłownie zniknęło. Nie wiadomo nawet, gdzie szukać wejścia. A co może być w tych niedostępnych korytarzach? Żeby zacząć wpuszczać tam wycieczki, trzeba dokładnie wszystko zbadać. A może coś jest tam ukryte? A jeśli tak, to na śmiałków mogą czyhać niebezpieczne pułapki. Wszystko jest możliwe. Jeśli tam rzeczywiście coś jest, to takiej okazji nie wolno przepuścić. Zostałam poproszona o pomoc i tak zaczyna się moja rola w projekcie.

To bardzo odpowiedzialne zadanie, wymagające czasu, koncentracji, poświęcenia, no i środków. Czy myśli Pani, że uda się ten projekt zrealizować?


 Jak już powiedziałam, nie chcę nawet „zerkać” w przyszłość. Niech się dzieje samo. Co ma być, to będzie. Niemniej jednak uczyniłam pierwsze kroki. Po konferencji zaprowadziłam sołtysa i speleologów z Żaganiaich w dobrze znane miejsce, o którym mówi się, że służyło jako schron i magazyn materiałów wybuchowych używanych przy drążeniu szybów. Było już badane i stwierdzono, że jest puste i bezużyteczne. Mnie jednak zaintrygowało. Nie, nie miałam żadnej wizji z nim związanej, ale gdy weszłam tam po raz pierwszy, poczułam obecność ducha, który jakby wyłonił się z podziemi... Wiem, że to brzmi niepoważnie, ale dla mnie, jako medium, była to bardzo istotna wskazówka, gdyż sugerowała, że coś jest pod nami, chociaż wszystko jest pokryte piaskiem i sprawia wrażenie naturalnego podłoża. Kiedy byłam tam drugi raz, tylko z sołtysem, dzień przed konferencją, pojawiła się wizja, którą później wyjawiłam. Powiedziałam, że widzę, jak Niemcy zasypują wszystko tonami piasku i ostrzegłam, że trzeba być bardzo ostrożnym, gdyż tu może być wszystko, a samo miejsce jest niebezpieczne. Ponadto widziałam, jak z dołu podnoszono coś na kształt wagonetek. Były czymś wyładowane. To coś ładowano do samochodów ciężarowych, które zjeżdżały na dół tą właśnie drogą, przy której stoi schron. Co ciekawe, coś wyciągano na górę, coś wieziono na dół. Pokazałam też wtedy miejsce po budynkach administracyjnych, gdzie siedzieli niemieccy wojskowi urzędnicy i skrupulatnie wszystko sprawdzali i notowali. Następnie poszliśmy całą grupą do ruin domu zarządcy lub właściciela kopalni. Stoi on, to od razu rozpoznałam, na sztucznym wzniesieniu, na ruinach poprzednich budowli jeszcze z dawnych wieków. To już samo w sobie jest ciekawe, ale mnie uderzył fakt, że całe to wzniesienie jest dziurawe jak ser szwajcarski. Pod fundamentami znajduje się wiele pustych przestrzeni, a tunele tworzą istny labirynt. I na tym wtedy zakończyliśmy wędrówkę. Wszyscy byli bardzo zdziwieni i zaskoczeni. Czy mi uwierzyli na sto procent? Nie wiem. Dostali informacje, a co z tym dalej zrobią, czas pokaże...

Trudno się im dziwić. Cały czas posługują się szkiełkiem i okiem, informacje zbierają od świadków, wertują tony archiwaliów, a tu nagle pojawia się medium – postać z natury kontrowersyjna, i opowiada o swoich wizjach. Kiedy pożegnaliśmy się z uczestnikami konferencji, poprosiłam sołtysa, by poprowadził mnie w miejsce z wizji, gdzie są tory, dworzec i magazyny. Gdy na dole wyszliśmy z lasu, zapytał tylko, czy to, co widzę, to jest to, co zobaczyłam w wizjach? Rozejrzałam się dookoła i aż stanęłam bez ruchu. To było to miejsce, do którego przyjeżdżały ciężarówki. Dworzec, tory kolejowe i magazyny do podziemi, do których znoszono ładunki z samochodów. Miasteczko nazywa się Wojcieszów. Zaczęłam iść prowadzona wizjami i dotarłam do magazynów. To są ruiny. Nie ma już tego, co stało na górze, ale jestem pewna, że nadal są podziemia. Wtedy też nabrałam pewności, że cały teren jest godny zainteresowania. Stąd też moja trzecia wizyta, jeszcze przed V konferencją planowaną na początek lipca. Powiem szczerze: połknęłam bakcyla badacza tajemnic. Lubię przeszłość, pracę z duchami, rozwiązywanie zagadek z dawnych lat... Zaraz Panu coś pokażę (medium włącza komputer i szuka czegoś).

 Tak więc ta trzecia wizyta była wizytą roboczą. Im więcej czasu bowiem spędzam na danym terenie, tym wizje i odczucia są precyzyjniejsze. To jak z łapaniem fal radiowych. Najpierw, kręcąc gałką, chcemy znaleźć cokolwiek, wyłapujemy pośród szumów jakieś głosy z nieznanych rozgłośni. Jeśli są wyraźniejsze od pozostałych, staramy się lepiej nastroić odbiór. Im więcej czasu spędzimy na nastawianiu radia, tym lepiej się orientujemy, gdzie i co możemy znaleźć. Tak samo jest w pracy w terenie. Im lepiej poznam okolice i wczuję się w wibracje miejsca, tym precyzyjniejsze są odczyty. Tym razem towarzyszyła mi koleżanka, która robiła zdjęcia. Poszłyśmy do tego schronu-magazynu, gdzie już dwa razy wyczułam obecność ducha. Teraz go zobaczyłam. Zresztą nie tylko ja, ale i moja towarzyszka – utalentowana malarka o pewnych zdolnościach medialnych. Zaczęłyśmy robić zdjęcia. Duch nam w tym przeszkadzał. Jakby chciał zwrócić uwagę na to, co ma do zakomunikowania.

 Próbowałam nawiązać z nim kontakt, a moja koleżanka nadal fotografowała. To go rozwścieczyło i została wręcz zaatakowana. Wybiegła stamtąd z krzykiem, blada i przerażona. Wyszłam do niej i starałam się ją uspokoić mówiąc, że widocznie duch ma coś ważnego do powiedzenia. Wróciłam do schronu i zapytałam, co chce przekazać. W odpowiedzi pokazał ręką na podłoże, jakby chciał nam powiedzieć, że jest ich tam więcej. Sądzę, że to więźniowie, którzy zostali żywcem zasypani. To, co Pan ogląda, to zdjęcia z tego zdarzenia. Tu, jak Pan widzi, wskazuję na wnętrze, a tu jest to coś, co wśród parapsychologów nazywa się „orb”, czyli emanacją ducha. To początek. A tu zdjęcie jest zamazane, ale wyraźnie widać wielką plamę plazmy. (tutaj zdjecie z plazma) To moment, kiedy z małego „orba” duch zaczął się rozrastać i „zaatakował” znajomą… I dla mnie to dowód, że się nie mylę, a wizje nie są wywołane sugestiami…

Rzeczywiście, zdjęcia robią wrażenie. Nawet jeśli wykluczy się te niewyraźne, to dokładnie widać okrągłą plamkę „orba”. Oglądałem tysiące takich zdjęć i wiem, że to nie wina aparatu ani nośnika. To fotografie cyfrowe a nie analogowe. Tu nie może być mowy o skazie na filmie...

 – Myślę, że i takich zdjęć będzie więcej. Nie pozostaje mi nic innego, jak czekać z niecierpliwością na V konferencję i nowe „dowody” (śmiejemy się oboje)… Dziękuję Pani za rozmowę.

 Z Tamarą Jermakową-Szymańską rozmawiał Jakub Wesołowski


Wydanie internetowe: www.4wymiar.pl